Życie na Bali

a1

Astika twierdzi, że to nie my wybieramy Bali, ale Bali wybiera nas. Każdy może tu przyjechać –oczywiście, Balijczycy uwielbiają turystów, zwłaszcza tych z pieniędzmi, ale nie każdemu wyspa pozwoli zostać na stałe. Nie każdy może stać się jej częścią, korzystać z magii, którą Bali codziennie obdarza swoich mieszkańców, nie każdy może odnaleźć tu spokój, być szczęśliwym. Szczęście to według Balijczyków stan równowagi, zrównoważonej proporcji pomiędzy wszystkimi aspektami życia, absolutna integracja duchowości z materializmem. Astika jest tego idealnym przykładem – mangku, balijski kapłan odprawiający codziennie dziesiątki ceremoni, opiekun świątyń składający ofiary duchom i bogom, duchowy przewodnik, uzdrowiciel, uczeń potężnych Balianów parających się białą magią, sam rozwijający energetyczne, wręcz telepatyczne umiejętności. Taki wizerunek buduje sam Astika. Z drugiej strony wzięty człowiek biznesu, handlarz ziemią i wszystkim, co da się przełożyć na pieniądze, mniej lub bardziej skuteczny negocjator, wiecznie namawiający do różnego rodzaju interesików, inwestycji, zawsze podbudowanych mistycznym tłem, zawsze będących wynikiem duchowego rozwoju, symbolicznym aktem przejścia do nowej fazy rozwoju kosmicznej świadomości itd. Patrząc na to z boku wygląda to dość zabawnie, choć w samych Balijczykach nie budzi to absolutnie żadnych kontrowersji. Wrócę jeszce nie raz do balijskiej duchowości, do balijskiej koncepcji szczęścia, przede wszystkim jednak niejednokrotnie jeszcze na kartach tego bloga pojawi się sam Astika, dlatego zapamiętajcie, proszę, tę postać.

Astika twierdzi, że Bali wystawia nas na próbę. Na czym dokładnie ta próba miałaby polegać Astika nie wyjaśnia, jednak mówi, że dopiero, gdy tą próbę przejdziemy, gdy dokonamy gruntownego przewartościowania naszego życia i podejmiemy świadomą decyzję o staniu się częścią wyspy, możemy osiągnąć na niej sukces i szczęście. Balijczycy wierzą, że wyspa, wszyscy jej mieszkańcy – ludzie, zwierzęta, rośliny, a nawet otaczjący ją ocean, są ze sobą energetycznie połączone i stanowią jeden, żywy organizm. To dość naturalna i swobodna interpretacja hinduistycznej kosmologii, z której wyrasta balijska kultura. Tym bardziej zatem – tłumaczy nam Astika – nie możemy zostać zaakceptowani przez Bali, jeśli nie staniemy się jej nowym organem, w pełni zintegrowanym z resztą organizmu. W przeciwnym razie będziemu jak odrzucony przeszczep lub wręcz jak nowotwór. Ciekawi mnie ilu Balijczyków patrzy na czterdzieści tysięcy mieszkających tu ekspatów jak na nowotwór toczący ich wyspę.
Astika twierdzi, że przeszedłem już swoją próbę, że moja energia jest zintegrowana z energią wyspy i jestem gotowy do szczęśliwego życia na Bali. Jeszcze tylko kilka ofiar, kilka zarżniętych kurczaków i ceremonii (o czym w osobnym wpisie), aby wyprostować ostatnie górki i rozproszyć resztki złej energii. Po pięciu latach mieszkania na Bali chciałbym, żeby Astika miał rację, w końcu jak długo można próbować? Przed laty, po pierwszym roku spędzonym na Bali uciekałem z wyspy, obiecując sobie, że nie wrócę na nią dopóki nie będę miał pomysłu na siebie, dopóki nie będę wystarczająco silny by świadomie przekształcać swoje życie. W końcu wróciłem, spędziłem tu sporą część życia i teraz Astika mówi mi że jestem gotowy. Sukces, satysfakcja, szczęście, strzelający korek od szampana? Nie koniecznie. Rozpoczyna się kolejny etap, tu na pewno Astika ma rację. Na tym etapie to ja muszę zaakceptować Bali, zadać sobie pytanie, czy organizm, którego stałem się częścią jest ciągle tym organizmem, w którym zakochałem się przed wielu laty?

Astika twierdzi, że następnym krokiem powinno być kupienie ziemi na Bali. Znalazł mi już parcel pięknie położony w górach, z widokiem na tarasy ryżowe z jednej strony i łańcuch wulkanów z drugiej. Mówi, że kupno ziemi w tym momencie będzie symbolicznym gestem dedykowanym wyspie, aktem podobnej mocy jak nakładanie ślubnych obrączek. A przy okazji świetnym interesem rzecz jasna. Teraz, gdy stałem się już częścią Bali biznes powinien wreszcie zacząć iść gładko, bo tak między innymi przejawia się błogosławieństwo bogów. Oczywiście jesteśmy energetycznie powiązani, niczym ojciec i syn i biznes też powinniśmy robić razem. Być może Astika ma rację i chcę mu wierzyć, ale jeszce nie teraz.

Astika twierdzi, że „nie traci we mnie wiary”, mimo że ziemi nie kupiłem, co go trochę rozczarowało. Zaczynam natomiast pisać tego bloga, w którym chciałbym opisać drogę, która mnie tu przywiodła. Chcę o tym pisać zarówno dla siebie samego, jak i dla każdego, komu zechce się poświęcić trochę czasu by czytać te teksty. Będę się cofał w czasie i wybiegał w przyszłość, będę się przenosił w różne miejsca – do Afganistanu, w Himalaje i na Papuę, będzie to z pewnością dość chaotyczny zapis strumienia świadomości. Mogę obiecać sporo egzotyki i kilka ciekawych historii z różnych zakamarków świata, ale na pewno nie będę uprawiał pustego zachwycania się Orientem ani naiwnych prób przekonywania, że znalazłem raj na ziemi. Raj na ziemi nie istnieje, nie ma Wysp Szczęśliwych, Arkadii, Złotego Eldorado. Jak wszędzie na świecie będę pisał o sprawach pięknych i obrzydliwych, pokażę, co mnie w Azji inspiruje, a co frustruje i przygnębia, będę krytyczny, spróbuję opisać bez upiększania jak naprawdę smakuje codzienne życie w Azji. A potem zobaczymy co stwierdzi Astika.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.