Zapiski z podróży. Droga do Kabulu.

s_a01_62017212

Przełęcz Khyber Pass na pograniczu pakistańsko – afgańskim,
sierpień 2004.

Skwar. Żar leje się z nieba, a powietrze zastygło w postaci rozgrzanej zawiesiny, którą, zdaje się, można by nabierać łyżką. W obie strony szerokiej, ubitej w piasku drogi, ciągnie się nieprzerwany sznur jednakowo szarych od pyłu ludzi, niczym rząd milczących, spalonych słońcem cieni. Każdy dźwiga jakiś tobołek, pcha rozklekotany wózek, rzadziej ciągnie za sobą osła objuczonego workami, pakunkami, dziećmi. Między nimi, trąbiąc i wzbijając tumany kurzu, przeciskają się wolno ONZ-owskie wozy opancerzone i długie ciężarówki oznaczone logiem World Food Program. Poza nimi setki innych pojazdów – identycznych, biało-żółtych Toyot, jeepów, wojskowych pick-upów, topornych wozów zaprzegniętych w woły i konie, wielbłądów obładowanych towarami wzbudzającymi najwyższą podejrzliwość celników. Posterunek w Towr Kham, który strzeże skalnej gardzieli Khyber Pass i otwiera drogę do Afganistanu przeżywa chaotyczne oblężenie. Żołnierze w czarnych mundurach, o twarzach rozgotowanych z gorąca i złości, ciskają się w tłumie, gęstymi razam pałek usiłując zaprowadzić w nim jakiś porządek. Z mozołem ustawiane przez nich kolejki natychmiast zbijają się jednak w rozbiegane grupki, szturmem próbujące przebić się dalej. Na drewnianej podłodze urzędu imigracyjnego rozsiadł się tłum zawzięcie obgryzający ołówki, w skupieniu studiujący klejące się do rąk formularze. Wchodzę do środka plącząc się niezgrabnie w połach szalwaru, z trudem starając się nie nadepnąć żadnego z rozłożonych na ziemi ludzi.

- Salaam alejkum – mówię głośno, a odpowiada mi cisza zdziwionych spojrzeń i nieśmiałych skinięć głowami.

- Alejkum salaam – mówi w końcu znudzony urzędnik zza chyboczącego się biurka, wyciągając rękę po mój paszport i gestem nakazując zdjąć okulary przeciwsłoneczne, które pot przykleił mi do twarzy.

- Cel wizyty?

Przez moment nie wiem co odpowiedzieć. Zastanawiam się jak mógłbym wytłumaczyć powód mojego przyjazdu do Afganistanu, rzucenia się w niegasnący płomień zniszczenia i wojny. Wygnieciona legitymacja dziennikarska roztapia się w tylniej kieszeni plecaka, ale bez akredytacji może mi ona bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

- Turystyka – odpowiadam w końcu z braku lepszego pomysłu. Urzędnik z powagą kiwa głową szukając w papierach odpowiedniej rubryki.

Droga do Kabulu ciągnie się w nieskończoność cmentarzyskiem czołgów, spalonych wraków, a przede wszystkim kamiennych ruin będących kiedyś wioskami. Autostrada łącząca Kabul z Peszawarem po pakistańskiej stronie granicy, nazywana była „drogą życia” – podczas wojny od tego, kto ją kontrolował zależało, czy do afgańskiej stolicy docierały transporty z żywnością i zaopatrzeniem. Rozmiar zniszczeń wzdłuż całej trasy wyraźnie świadczy, jak ciężkie walki o nią toczono. Gdzieniegdzie tylko widać ślady powracającego życia; na polach gruzu ludzie wznoszą prowizoryczne piece do wypalania cegieł, z których powstają potem nowe domy. Wciąż jednak są to tylko niewielkie skupiska ludzi w miejscach, gdzie kiedyś mieszkały ich tysiące. Na poboczach autostrady kwitnie natomiast handel i życie towarzyskie. Co jakiś czas zatrzymujemy się przy drewnianych budach i improwizowanych straganach, z których kierowcom sprzedaje się papierosy i napoje. Na jednym z takich postojów taki „sklep” urządzono w wybebeszonym, pokrytym plątaniną potopionych kabli, kadłubie zestrzelonego samolotu. Nasz kierowca i uzbrojona eskorta, którą musieliśmy wynająć jeszcze na granicy, zdają się znać tu wszystkich, z każdym wdają się w pogawędkę, każdemu chcą nas przedstawić. Ludzie podchodzą z herbatą i ciepłym, świeżo upieczonym pieczywem, propunują papierosy lub skręty z czystego haszyszu. Bije z nich ciekawość, szczera życzliwość i niezwykła radość życia – jakże nieprawdopodobna w zestawieniu z otaczającym nas zniszczeniem. Czasami tylko biorą mnie za kogoś, kim nie jestem, za kogoś ważnego, kto może załatwić, pomóc, zdziałać coś w ich sprawie. Czasami patrzą na mnie poważnie, a w ich ciemnych, tak niesamowicie czarnych oczach, błyszczących spod baranich czapek i brudnych turbanów, czytelna jest skarga.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.