W pracy. Morskie opowieści.

DSC_0015

Cały dzień spędziłem dziś z cyrklem w ręku, siedząc z Jimmym nad mapami żeglarskimi wschodniej Indonezji. Za miesiąc ze stoczni w Semarang na Jawie wypływa „Zen” – nowy, luksusowy żaglowiec i jego menadżer zlecił nam przygotowanie tras i programów rejsów po wszystkich morzach Indonezji. Trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiednią osobę do tej roboty niż Jimmy, który pomiędzy Singapurem a Australią pływa już czternaście lat, a poprzednich siedem spędził żeglując po Karaibach i Atlantyku. Oto człowiek, który mógłby zostać wyjęty z kart Stevensonowskiej powieści; prawdziwy Jim – bohater z „Wyspy Skarbów”, chociaż uwzględniając jego siwiejące włosy i rosnący brzuch, należałoby raczej dodać: „Jim czterdzieści lat później.” Jimmy jest Belgiem z arabskimi korzeniami, dawno stuknęła mu już pięćdziesiątka, ale wigorem, zapałem do przygód i miłością do morza nie rożni się wiele od osiemnastowiecznych żeglarzy. Podobnie jak oni na pokładach różnych statków przemierzył pół świata, z pamięci wymienia imiona dziewcząt z portów, o którch istnieniu przeciętny człowiek nie ma nawet pojęcia, a na własnoręcznie rysowane mapy nanosił nienazwane jeszcze wyspy – tak małe, że nawet w dobie Google Earth nie sposób ich wypatrzeć ani dokładnie określić ich lokalizacji. Jimmy ustalił ponoć trzy oficjalne nazwy bezludnych wysp w Indonezji. Jest jedną z kilku osób na świecie, która ma tak rozległą wiedzę i bogate doświadczenie w prowadzeniu rejsów po wschodniej części archipelagu – piętnaście lat temu, gdy w Indonezji praktycznie nie organizowano jeszcze komercyjnych rejsów dalekomorskich, Jimmy tworzył ten biznes od zera.

Mapy Jimmiego, ach cóż to są za mapy! Kolekcjonowane przez długie lata, pokryte tłustymi plamami, zagięciami, przetarciami od ciągłego używania, ale przede wszystkim, aż gęste od notatek z pietyzmem nanoszonych ołówkiem podczas kolejnych morskich wypraw. O, tutaj na przykład maleńki atol bez nazwy, na obrzeżach Morza Halmahera, zakreślony w kółko z adnotacją: „dobre nurkowanie, brak miejsca do zakotwiczenia.” Na wysepce obok: „ciekawa wioska – rytuały pogrzebowe”, albo: „mieszkańcy robią wyścigi wodnych bawołów.” Na północ od Waigeo, na Raja Ampat kolejny atol oznaczony miejscami nurkowymi. „Silny prąd!” – ostrzega notatka. Mapy Jimmiego żyją własnym życiem, widać na nich konkretne miejsca, ludzi i sytuacje. „Tutaj” – Jimmy wskazuje palcem rejon podwodnego wzniesienia Damar na południe od Timoru – „często widywaliśmy rekiny wielorybie. A tutaj ostatnio nurkowałem z ogromną ławicą rekinów młotów. Ah, ale przecież tutaj to nurkowaliśmy razem!”

Owszem. Na Banda nurkowaliśmy razem i to był, zdaje się, pomysł Jimmiego, żeby wabić rekiny plastikową butelką do połowy wypełnioną wodą. Jimmy kazal mi ją zgniatać podczas nurkowania, co pod wodą wydaje dźwięk zbliżony do odgłosu miażdżonych kości. Oczywiście nie powiedział mi, że mam w ten sposób przyciągać drapieżniki – zrozumiałem to, gdy na trzydziestu metrach otoczyły mnie barracudy, nerwowo starające się zlokaliziwać źródło drażniącego je dźwięku. Jednak dopiero gdy zobaczylem pod sobą charakterystyczne cienie, okazało się, że metoda ta jest naprawdę skuteczna. Pierwszy rekin, potem kolejny i następny – w krótkim czasie krążyło wokół nas dwadzieścia – trzydzieści sztuk młotów. Fakt, że rekiny te są zupełnie niegroźne dla człowieka bynajmniej nie odejmował tej chwili piękna i grozy.

Miałem niezwykłą przyjemność pracować z Jimmym na kilku rejsach, między innymi na iście bajkowej trasie z południowej Papui, przez rajskie Kei Islands do słynnych Wysp Korzennych, oraz na archipelagu Alor, a także w okolicach Timoru, Flores i na Komodo. Pracowaliśmy jako zespół – Jimmy odpowiedzialny był za trasę rejsu i wszystko to, co pod wodą, ja zaś, jako kulturoznawca miałem za zadanie dzielić się swoją wiedzą antropologiczną o regionie i organizować atrakcje na odwiedzanych wyspach i w wioskach. Pracowaliśmy wówczas także z Miłoszem – Serbem, który organizował te rejsy, i który codziennie rzucał się do wody z kuszą, by polować na tuńczyki i snappery, co zawsze budziło entuzjazm pasażerów i załogi szykującej się do rybnej kolacji. Często też towarzyszył nam Nikola Kosic – zawodowy, genialny fotograf wynajmowany do dokumentacji wyprawy; którego zdjęcia często będziecie widywać na tym blogu.

Jimmy uwielbia gadać, a wiadomo, że od gadania człowiekowi chce się piwa. Wiedząc, jak bardzo gadatliwy potrafi zrobić się Jimmy w pracy, przed jego przyjściem zaopatrzyłem lodówkę w odpowiednią ilość Bintangów – niezawodnego, indonezyjskiego browaru. Jimmy postanowił jednak postawić na bardziej tradycyjnie marynarski trunek i pojawił się u mnie z butelką rumu.  Wiedziałem już, że to będzie długi i pracowity dzień, pełen niezwykłych opowieści. Ha! – Jimmy uderzył palcem w mapę w okolicy maleńkiego archipelagu Fam u północno – zachodniego wybrzeża Ptasiej Głowy na PapuiA ty słyszałeś, co się tutaj stało kilka lat temu?? Nie słyszałem. Prowadziłem tu prywatny rejs nurkowy dla takiej pary na podróży poślubnej. Wiesz, to para gejów była – Jimmy ściszył przy tym głos, jakby podsłuchiwała nas lokalna liga katolickich rodzin. I gdy jeden z nich kończył nurkowanie i oddawał już sprzęt na łódź, został zaatakowany przez krokodyla! Wielki suczysyn, na 6 metrów! Capnął go za bark i ściągnął na dno, gdzie przyczaił się trzymając człowieka w pysku! Wyobrażasz sobie? Na szczęście pod wodą byli jeszcze inni nurkowie i uratowali nieszczęśnika atakując krokodyla kuszą. Bestia wystraszyła się i uciekła porzucając ofiarę. Facet ledwo przeżył, dobrze, że na pokładzie był lekarz, który go pozszywał, zanim dopłynęliśmy do szpitala w Sorong! Ciarki mnie przeszły. Na Papui występują największe krokodyle świata – krokodyle różańcowe. To jedyny gatunek krokodyla, który potrafi żyć zarówno w słodkiej, jak i słonej wodzie. Pamiętam, że w jednej z wiosek plemienia Asmat mieszkańcy pokazywali mi skórę i szczęki zabitego przez nich osobnika, który wcześniej jednak miał zabić ośmioro dzieci.

Zastanawialiśmy się na trasą, którą należy przeprowadzić „Zen” w październiku z Komodo i Flores na Moluki i Papuę i Jimmy wybrał trasę północną. Środkowa – powiedział – Jest bardziej nurkowa, a przecież to nie mają być tylko nurkowe rejsy. Będziemy płynąć obok Gunung Api (z ind. „góra ognia” – swoją drogą, zastanawiam ile wulkanów w Indonezji nazywa się w ten sposób) – niezwykłego wulkanu który wyrasta pośrodku morza i wypluwa z siebie dym i lawę dokładnie co 33 minuty. Tam akurat nie byłem, nie mogę doczekać się rejsu. Trasa południowa natomiast – kontynuuje Jimmy – oooo, tych wysp nikt nie zna, tutaj nikt nie pływa! Pochylamy się razem nad mapą. Selu, Sera, Wuliaru, Wotap, Jamdena – zapomiane przez Boga i indonezyjski rząd wysepki pomiędzy Morzem Timorskim i Morzem Arafura, ostatni stały ląd przed Australią i Nową Gwineą. Patrz – mówi Jimmy osuszając szklankę i odpalając kolejnego papierosa – Byłem dwa razy tutaj, tutaj i tutaj. Wspaniałe rafy, plaże nietknięte ludzką stopą, na tej dużej wyspie jest tylko jedna wioska, oni praktycznie nie widują obcych, poza rybakami z sąsiedniej wyspy przypływającymi na handel! Musimy koniecznie wybrać się na wyprawę inspekcyjną, zobaczyć co się kryje za tymi wyspami… ooo, te atole wyglądają obiecująco…. Spędzić tu kilka tygodni, popływać od wyspy do wyspy, tam na pewno musi być więcej fantastycznych wiosek! Przygoda totalna! Jimmy dolał sobie drinka, oczy mu błyszczały. Indonezja to najlepszy kraj na świecie dla tego, co robimy. Spójrz, ile to jeszcze jest do odkrycia…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.