Nieopublikowane reportaże: Basilian – wyspa oblężona.

8043256718_b261118eec_b

Angelo powtarzał, że najbardziej chciałby, żeby wszyscy zapomnieli o Basilianie. Wszyscy – politycy w Manili, dziennikarze ze światowych mediów, filipińscy wojskowi, amerykańscy doradcy, chrześcijańscy misjonarze, a nawet turyści. Niech się wszyscy odwalą, niech Basilian stanie się po prostu jedną z tych rajskich, maleńkich kropek na mapie tropików, o których wszyscy mówią, że są piękne, ale nikt do końca nie wie gdzie one są. I nikogo to za bardzo nie obchodzi. Najlepiej by było, gdyby wielki świat Basilianu nie widział, a mieszkańcy wyspy mogli w spokoju robić to co robili od zawsze – żyć z dnia na dzień, pracować na plantacjach kauczuku lub kawy, łowić ryby albo próbować nielegalnie dostać się na Borneo i tam szukać pracy. Cokolwiek, byle normalnie żyć. Chrześcijanie, muzułmanie, po sąsiedzku, obok siebie, jak zawsze. Tak byłoby dla mieszkańców Basilianu najlepiej, a Angelo był chrześcijańskim radnym stolicy wyspy – Isabela City, więc wiedział co dla ludzi jest dobre.

Basilian jest piękna. Nieprawdopodobnie wręcz piękna. I leży w jednym z tych miejsc, które idealnie nadawałyby się na wyznaczenie końca świata. Bo czy większość ludzi wie, gdzie jest archipelag Sulu, Tawi-Tawi, Zamboanga? Na wyspie nie ma nic ważnego, wszędzie z niej daleko, wszyscy są względnie równo i sprawiedliwie ubodzy. Na Basilianie nie da się jednak normalnie żyć, a wieki świat co jakiś czas sobie o wyspie przypomina. Wielki świat wpada wtedy w gniew, a mieszkańcy Basilian cierpią. Dalczego? Bo od czterdziestu lat Basilian podzielona jest liniami frontu światowego konfliktu pomiędzy religiami, ideologiami, światami wielkiego biznesu i polityki. Konfliktu, na który mieszkancy wyspy nie mają żadnego wpływu, i którego nie bardzo nawet rozumieją. Konfliktu, o którym zapewne chcieliby powiedzieć, że ich nic nie obchodzi, tak samo, jak Angelo chciałby, żeby świat nic nie obchodził Basilian. Ale tego konfliktu nie da się zignorować, nawet jeśli mieszkańcy wyspy nie opowiadają się po którejkolwiek ze stron. Nie w momencie, gdy absolutnie każdy na wyspie już kogoś stracił na tej wojnie – sąsiada, brata, ojca, przyjaciela. Nie, gdy ktoś wrzuca granat do katolickiej szkoły lub podpala meczet z ludźmi w środku. Nie, gdy ktoś inny ginie zastrzelony na rogatkach miasta wracając do domu. Nie, gdy nad miastem latają wojskowe helikoptery, a stacjonujące niedaleko amerykańskie niszczyciele bez ostrzeżenia ostrzeliwują wyspę. Kto strzela, dlaczego, z jakiego ugrupowania? Nikt już nie wie. Zamykać domy, zatrzaskiwać okiennice!

Zaczęło się od tego, że Kasia nabrała ochoty na ostrygi. Kasia to moja przyjaciółka z najdawniejszych lat, towarzyszka wielu wypraw – dziewczyna, która poza niezaprzeczalną urodą ma także jaja większe od niejednego faceta, którego poznałem. Razem wyjeżdżaliśmy m.in. do Afganistanu, Kaszmiru i na Papuę. W 2005 roku błąkaliśmy się po Isabela City w poszukiwaniu jakiegoś noclegu i nagle Kasia wypatrzyła grubego i sympatycznego faceta sprzedającego świeże owoce morza przed domem. Angelo – przedstawił się – radny. Pogawędziliśmy z nim przez chwilę – bardzo się dopytywał kim jesteśmy i co robimy na Basilianie – i ruszyliśmy dalej w labirynt uliczek typowego, filipińskiego, miasteczka; brzydkiego i pozbawionego jakiegokolwiek planu. Gdy już zupełnie się pogubiliśmy zorientowałem się, że jesteśmy śledzeni. Kilku facetów za naszymi placami tworzyło zgraną drużynę najbardziej nieudacznych tajniaków na świecie – byli tak skupieni na swoim zadaniu, że aż zwracali na siebie uwagę przechodniów. Mogliby mieć na szyjach zawieszone kartki z napisem „nie przeszkadzać – śledzimy tamtych ludzi!” My zwalnialiśmy – oni zwalniali, my przystawaliśmy, oni szybko odpalali papierosy i wyciągali komórki. Panika, w nogi! Z plecakami nie mieliśmy szans – dopadli nas już na kolejnej ulicy. A potem kupa śmiechu – toż to chłopaki Angela, radnego od ostryg! Poczciwy Angelo zaniepokoił się widząc nas zmierzających do muzułańskiej części miasta i wysłał swoich bratanków, siostrzeńców i kuzynów, aby upewnili się, że nic złego się nam nie stanie. To w końcu Basilian, tutaj porywa się obcokrajowców i ścina im się głowy. Zaproponowali nam nocleg w ich rodzinnym domu; przez kolejne dni Kasia mogła objadać się ostrygami do bólu. Przy okazji cała wyspa miała otrzymać wyraźny sygnał, że jesteśmy pod osobistą opieką Angela, radnego Isabela City, sprzedawcy ostryg. Nikt nie miał odważyć się nas tknąć. Basilian to mała wyspa, wszyscy się tutaj znają, jeśli nie są ze sobą spokrewnieni. Wieczorem, podczas pierwszej kolacji dowiedzieliśmy się, że Angelo jest spokrewniony z najbardziej poszukiwanym człowiekiem na Filipinach, Khaddafim Janjalanim, liderem terrorystycznej organizacji Abu Sayyaf, za którgo głowę amerykańska administracja wyznaczyła dwa miliony dolarów nagrody. Dramatyczna historia wyspy, której strzępy zbieraliśmy jeszcze na pokładzie promu z Sandakan w Malezji, otrzymała właśnie narratora bezpośrednio zaangażowanego w jej najważniejsze akty. Nie mogłem trafić lepiej; na dnie mojego plecaka leżał dyktafon i wymięta legitimacja dziennikarza Polskiego Radia.

Główni aktorzy dramatu na wyspie Basilian i w całym regionie archipelagu Sulu i Mindanao: MNLF – Moro National Liberation Front – islamska grupa separatystyczna dążąca do oderwania południowych Filipin od reszty kraju i utworzenia tam kalifatu na wzór państwa Talibów. Jej twórcy zdobywali doświadczenie jeszcze podczas wojny z Sowietami w Afganistanie i tam nawiązali kontakt z późiejszą Al Kaidą. MILF – Moro Islamic Liberation Front – odłam MNLF, który zarzucił głównej organizacji zdradę w postaci negocjacji z rządem w Manili. Abu Sayyaf – najbardziej radykalny odłam MNLF, który za cel postawił sobie nie tylko oderwanie południowych Filipin od reszty kraju, ale także oczyszczenie go ze wszystkich „niewiernych.” To oni zapoczątkowali porwania dla okupu i brutalne egzekucje zakładników poprzez ścinanie im głów i publikowanie filmów z egzekucji w internecie. Odpowiadają za porwania zagranicznych turystów w Malezji (Sipadan 2000), z resortów na Palawanie (2001) oraz liczne zabójsktwa i zamachy bombowe na terenie całego kraju (zamach na prom odpływający z Manili w 2004, „walentynkowa bomba” w Davao w 2005 i wiele innych). NPA – New People’s Army – zbrojne ramię Komunistycznej Partii Filipin (PKP) od lat pięćdziesiątych prowadzące wojnę z rządem w Manili. AFP (Armed Forces of the Philippines) – elitarna jednostka nieoficjalnie powiązana z rządawą armią filipińską. Jej zadaniem było brutalne zwalczanie przeciwników rządu, ale przez wielu oskarżana jest o przeprowadzanie własnych zamachów i morderstw, o które oskarżane były później inne organizacje w celu zniechęcania do nich lokalnych mieszkańców. Armia filipińska z ówczesną prezydent Glorią Macapagal Arroyo na czele (ostatnią kadencję zakończyła w 2010 roku), dla której opanowanie sytuacji w południowych prowincjach było kwestią utrzymania się przy władzy. Rząd USA, który wynegocjował z rządem Filipin otworzenie bazy marynarki wojennej na Sulu – strategicznie niezbędnej dla możliwości operacyjnych na Pacyfiku. Obecność amerykańskich żołnierzy na Filipinach uzasadniana była zagrożeniem terrorystycznym i „wsparciem szkoleniowym” filipińskiej armii. Wreszcie – zbrojne grupy bandyckie zajmujące się piractwem, porwaniami dla okupu, przemytem na pograniczu filipińsko – malezyjskim oraz… poszukiwaniami skarbów! Tak, całe Sulu aż huczy od legend o zakopanym złocie i to niekoniecznie z czasów hiszpańskich konkwistadorów. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych na bezludnych wyspach archipelagu ukradzione złoto zakopywać mieli ludzie prezydenta Marcosa. Scena mała a aktorów wielu. I każdy, może z wyjątkiem zwykłych bandytów i poszukiwaczy złota, twierdzi, że występuje w obronie lokalnej ludności.

O 11:45 w nocy, 1 czerwca 2001 roku, pod szpital Jose Maria Torres Memorial w Lamitan – niewielkim miasteczku ok pół godziny drogi z Isabela City podjechały dwa pick-upy wyładowane uzbrojonymi członkami Abu Sayyaf. Najpierw zastrzelili starego Ferdynanda, który operował szlabanem przy głównej bramie wjazdowej. W ciąglu kilku minut terroryści opanowali cały budynek szpitala biorąc pacjentów i cały personel za zakładników. Terroryści uciekali z akcji na Palawan, gdzie dwa dni wcześniej uprowadzili zakładników z resortu Los Palmos, m.in. parę amerykańskich misjonarzy. Cały kompleks został natychmiast otoczony przez PNP – lokalną policję i rozwścieczonych mieszkańców miasta. Abu Sayyafowie otworzyli ogień, strzelając z broni automatycznej  granatników do każdego, kto spróbował zbliżyć się do zajętych budynków. Część pocisków trafiła w okoliczne domy, pojawiły się pierwsze, przypadkowe ofiary. Dokładnie o 1:25 w nocy, kpt Guinolbay, szef lokalnej policji dowodzący akcją odbijania szpitala dostał polecenie od gen. Dominguez, aby przerwać oblężenie i ustąpić miejsca nadciągającym jednostkom rządowej armii. Kpt. Guinolbay odmówił, twierdząc, że sytuacja jest pod kontrolą. Rzeczywiście – szpitalny kompleks otoczony jest wysokim murem i wydostać się z niego można było tylko przez główną bramę, która była szczelnie obstawiona lub przez maleńkie drzwi na tyle budyku. Abu Sayyafowie byli w potrzasku, wydawało się, że nie są wstanie ujść z życiem. Po godzinie przyjechało jednak wojsko i przejeło kontrolę nad akcją. Wymiana ognia trwała całą noc i kolejny dzień, w jej wyniku zginęło 3 terrorystów, czterech żołnierzy, sześciu zakładników i aż szesnastu cywilów – mieszkańców okolicznych domów i przechodniów. Późnym popołudniem okazało się, że…wszyscy Abu Sayyafowie uciekli tylnimi drzwiami razem z trzema zakładnikami. Ich ciała odnaleziono nazajutrz w nieodległej  wiosce Bulanting.

Cztery lata później, upał był okropny, staliśmy przy tylnich drzwiach szpitala Jose Maria Torres Memorial, którymi uciekli terroryści z Abu Sayyaf wraz z zakładnikami. Na brudno-żółtej ścianie ktoś nabazgrał farbą (zapis oryginalny): „Route of wfdrowal by Abu Sayaf” wraz ze strzałką wskazującą na metalowe, czerwone drzwi. Angelo to kawał chłopa, żeby przecisnąć się przez te drzwi musiał się mocno pochylić, ale nawet dla przeciętnego wzrostem Filipińczyka przejście przez nie w pozycji wyprostowanej byłoby raczej trudne. Wniosek jest jeden – ktokolwiek zabezpieczał tył budynku podczas oblężenia w 2001 roku, musiał Abu Sayyafów wypuścić. W przeciwnym wypadku – wystarczyłoby postawić tu na straży chłopa uzbrojonego w łopatę, aby nikomu nie udało się wymknąć. Anglelo i jego kuzyni aż pęcznieli ze złości. Oskarżali prezydent Glorię oraz dowództwo rządowej armii, że nie zależy im na likwidacji Aby Sayyafów, że wręcz chronią ich przez eliminacją. Twierdzili wręcz, że Abu Sayyaf to polityczna prowokacja, twór AFP, którego celem jest utrzymanie stanu zagrożenia w regionie, co z kolei usprawiedliwia obecność Amerykanów na Sulu, dzięki której prezydent Gloria umacnia swoją pozycję wobec wewnętrznej opozycji oraz komunistów. Rico, siostrzeniec Angela opowiadał, że nocami Amerykanie bombardują pustą dżunglę na Sulu, mimo że dokładnie wiedzą, że obozy Abu Sayyaf są gdzie indziej. Mieszkańcy Lamitan wydają się popierać te oskarżenia – przed bramą do szpitala postawili ogromną, kamienną tablicę, na której minuta po minucie opisane są wydarzenia z „oblężenia Lamitan” a jej wydźwięk jest jednoznacznym oskarżeniem dowództwa wojskowego o nieudolność, jeśli wręcz nie o kolaborację z terrorystami. „Wszyscy nami grają, nikogo nie obchodzi, że nie możemy tu żyć jak ludzie” – żalił się Angelo w drodze powrotnej do Isabela City. Tamtego dnia były urodziny jego żony – pięknej, choć niewidomej Marii, będącej w zaawansowanej ciąży.

Co ciekawe, podobne, choć nieporównanie ostrożniejsze, sugestie podnosiła Gracia Burnham – amerykańska misjonarka, która wraz z mężem została porwana przez Abu Sayyaf z resortu na Palawanie, trzy dni przed opisanymi powyżej wydarzeniami w Lamitam. Państwo Burnham przez rok przetrzymywani byli w obozie Abu Sayyaf w dżungli na wyspie Sulu. Jej mąż – Martin zginął podczas akcji odbijania zakładników przeprowadzonej przez filipińską armię, Gracia przeżyła, wróciła do USA. Zainteresowanych odsyłam do jej książki: „In the presence of my enemy” (niestety nie ma polskiego tłumaczenia) – mimo że książka dotyczny głównie Boga, to pojawiają się w niej insynuacje o bardzo bliskich kontaktach Khadaffy’ego z filipińską armią. Sam Angelo twierdził, że namierzenie najbardziej poszukiwanego terrorysty na Filipinach nie jest problemem, bo regularnie utrzymuje kontakt z rodziną.

Rok później, we wrześniu 2006 roku wyczytałem, że Khadaffi Janjalani zginął w potyczce z rządową armią. Ponoć wysadził się w powietrze i do grudnia 2006 roku nie można było zidentyfikować jego zwłok, aż w końcu jego tożsamość potwierdziły badania DNA. Dwa miesiące późnej dotarła do mnie wiadomość, która oboje nas z Kasią bardzo zasmuciła. Angelo, radny od ostryg, zmarł na atak serca. Przed śmiercią zdążyć jeszcze nadać imię swojej córce. Katarina. Kasia.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.