Społeczeństwo. Rzecz o banjarach.

NK - A 0002

Nawiązuję do wątku rozpoczętego w zeszłym tygodniu. Banjary na Bali. Czym są, jak funkcjonują? Czasami śmiesznie:

Przed laty opowiedziano mi taką historię: pewien znajomy Niemiec kupił kawałek ziemi przy samej plaży na północy Bali, gdzieś daleko za Loviną. Było to naprawdę dawno temu i ziemia na Bali była wtedy jeszcze tania. Chciał tam wybudować kilka bungalowów na plaży, małą przystań, otworzyć hotel i uruchomić centrum nurkowe. Żeby w Indonezji uruchomić jakikolwiek biznes, ba – żeby zrobić cokolwiek konstruktywnego, co z biznesem nawet nie ma nic wspólnego, trzeba załatwić milion formalności i dwa miliony pozwoleń. A na Bali, poza tym wszystkim, trzeba jeszcze uzyskać zgodę BANJARU. Nasz Niemiec udał się zatem, wraz ze swoim Balijskim „słupem” (dla niewtajemniczonych w arkana interesów kombinowanych: osobą, na którą zapisany jest dany biznes) na cotygodniowe spotkanie banjaru w jego ostentacyjnej siedzibie pośrodku wioski. Gwarno było, a tłoczno. Około setka mężczyzn ubranych w odświętne batiki, z chustami na głowach, siedziała w kucki na zadaszonej podłodze, paląc papierosy i przekrzykując się nawzajem. Porządek obrad ustalony na początku spotkania dawno już poszedł w zapomnienie – im mniej istotna była poruszana akurat kwestia, tym więcej miał każdy do powiedzenia. A było tych kwestii trochę – zbliżało się święto i planowano kolejną ceremonię, któraś z rodzin będących członkami subaku (organizacja zajmująca się polami ryżowymi) ociągała się z pracą, podczas próby gamelanu zepsuto instrumenty, Wayan ma problem z hazardem i przegywa duże pieniądze na walkach kogutów, czym daje zły przykład itd, itp.  Pomiędzy mężczyznami krążyły zgięte w ugrzeczniony pałąg kobiety, rozlwejąc chętnym mocną i czarną jak smoła kawę, w powietrzu wisiała kretekowa chmura z goździkowych papierosów. Gdy nasz bohater usiłował poruszyć temat planowanej inwestycji, za każdym razem uciszano go i mówiono, że jeszcze nie teraz. Niemiec był zielony na twarzy od biernego palenia i serce waliło mu niebezpiecznie od hektolitrów wypitej kawy. Wreszcie dopuszczono go do głosu i w ciągi pięciu minut – iście niemieckim stylem – wyłożył społęczności sprawę. Po prostu. Jest pomysł, będzie praca przy budowie, płącę tyle i tyle, a potem będę zatrudniał do na etat. Zaczynamy za trzy tygodnie. Czy się zgadzacie? Zgodzili się. Jednak po trzech tygodniach do pracy nie przyszedł nikt. Dosłownie: nikt. Narzędzia leżały odłogiem, nie było komu karczować krzewów, kopać dołów, wylewać fundamentów. Nasz Niemiec poszedł zatem do banjaru obok. I znowu – długie godziny palenia papierosów i picia kawy. Dyskusja. W końcu jednak chłopaki z drugiej wioski zgodzili się przyjść do pracy. Gdy jednak umówionego dnia pojawili się na budowie, wzburzeni mężczyźni z originalnego banjaru zastąpili im drogę wymachując zaciśniętymi pięściami i grożąc. Robotnicy uciekli. Nasz sfrustrowany inwestor po raz trzeci udał się na spotkanie banjaru, tym razem stanowczo odmawiając kawy. Dlaczego przegoniliście moich pracowników??! – pytał zrozpaczony. Jak to? – odpowiedziało mu autentyczne zdumienie – przecież oni przyszli nam zabrać pracę! Niemiec oniemiał.

-Ale przecież zaoferowałem wam tę pracę w pierwszej kolejności i nikt nie przyszedł!

-No…tak….

- Czyli nie chcieliście tej pracy…

- No…nie… Ale to nadal jest nasza praca. To nasz banjar i nie możesz oddawać naszej pracy obcym. Argument nie do zbicia, logika zabójcza w swej prostocie. W końcu osiągnięto świński kompromis. Robotnicy z drugiego banjaru pracowali za pełną, określoną umową stawkę. Pierwszy banjar od każdego znich pobierał natomiast opłatę wysokości 50% ich uposażenia za to, żeby pozwolili im pracować. Czy można sobie wyobrazić lepszy układ niż taki, gdy jest się opłacanym za „nicnierobienie”? Finał tej historii był taki, że nasz Niemiec wybudował, co chciał wybudować i natychmiast to sprzedał szukając nowego miejsca na prowadzenie biznesu.

        Powyższa historia krąży w formie anegdoty pomiędzy ekspatami na Bali od lat. Ilustruje ona wymownie dwie rzeczy, których każdy z nas musiał się tutaj szybko nauczyć: po pierwsze – prowadzenie interesu na Bali wymaga cierpliwości i determinacji; po drugie – nigdy, przenigdy nie zadzieraj z banjarami.

        Czym zatem są te banjary? To oryginalna, balijska forma organizacji społecznej, która nie występuje nigdzie indziej na świecie. Wywodzi się jeszcze z okresu, gdy na Bali dominowały niezależne królestwa hinduistyczne – Negary, czyli ich historię można prześledzić aż do początku XIV wieku, gdy Bali została włączona do impreium Majapahit. Możliwe jednak, że jako twór quasi-państwowy banjary istniały na wyspie jeszcze wcześniej, zanim na Bali dotarł w VIII wieku ne buddyzm i hinduizm. Ich funkcja i rola zmieniały się na przestrzeni wieków tylko w nielwielkim stopniu – jeśli ktoś jest bardziej zainteresowany tematem struktur społecznych w Indonezji to mogę podesłać osobne artykuły, które pisałem na ten temat. Tutaj wystarczy powiedzieć, że banjar do dziś jest całkowicie autonomiczną organizacją, niezależną od państwa i republikańskiego prawa. A to oznacza, że jeśli np. policja będzie chciała dokonać aresztowania człowieka, o którym wie, że mieszka w konkretnej wsi i domu – to najpierw zapyta o zgodę banjaru. Banray to jednosta terytorialna – może do niego należeć jedna wioska, lub dwie; w miastach są to konkretne ulice bądź nawet dzielnice. Na Bali wszystko znajduje się na terenie jakiegoś banjaru. Jest to też jednak jednosta społeczna – grupa ludzi, która w pierwszej kolejności utożsamia się z własnym banjarem i jest wobec niego bezwzględnia lojalna. Balijczyk rodzi się w danym banjarze i jako członek tego banjaru umiera – wyjść z niego można tylko poprzez małżeństwo (wówczas najczęściej kobieta przechodzi do banjaru męża) lub poprzez wykluczenie (co dla Balijczyka jest karą gorszą niż śmierć.) Banjar na swoim terenie ma włądzę niemal absolutną – decyduje o kwestiach własności ziemi, czy można ją sprzedać i za ile, ma swoje służby porządkowe i quasi-sądy oparte na prawie obyczajowym, odpowiada za utrzymanie publicznych dróg, wyznacza publiczne spotkania i nakazuje pracę, reguluje kwestie związane z małżeństwami i legalizuje niektóre dokumenty. Przede wszystkim jednak – co z punktu widzenia społeczności, która wydaje często 50% swoich dochodów na działalność religijną jest szalenie istotne – banjar utrzymuje gamelan, trzy główne świątynie na swoim terenie oraz finansuje najważniejsze święta i ceremonie. Na Bali codziennie jest jakieś święto i codziennie odbywa się jakaś ceremonia, często angażując tysiące ludzi. Z czego to wynika i jakie ma to znaczenie – to jest osobny i naprawdę głęboki temat. Dość powiedzieć, że kwestia rozmachu tych ceremonii, ich przepychu, bogactwa, ilości uczestników i wydanych na nie pieniędzy jest kwestią obsesyjnej wręcz rywalizacji pomiędzy banjarami. Rywalizacja ta obowiązuje także na innch polach – kto ma większą świątynię, lepszy gamelan, zamożniejszych mieszkańców (tutaj banjary położony przy plażach nie mają konkurencji bo ceny ziemi sięgają tam astronomicznych kwot), lepszy porządek, szersze ulice, większe latawce (Balijczycy uwielbiają latawce) i silniejsze koguty (ich walki uwielbiają jeszcze bardziej). Z punktu widzenia balijskiej „obsesji statusu” (jak to ujął Cliffort Geertz – mój guru, jeśli idzie o wiedzę na temat kultury balijskiej), osoba bezdomna, chora, zaniedbana wpływałaby negatywnie na prestiż banjaru i dlatego takich osób na Bali raczej nie ma. Banjar pełni zatem rolę swoistej społecznej „ubezpieczalni”, która zajmuje się swoimi członkami w tych rzadkich przypadkach, gdy daną osobą nie może zająć się rodzina. Ma to oczywiście wysoką cenę – banjar wymaga bowiem od swoich członków bezwzględnej lojalności i dyspozycyjości. Nie ma możliwości, aby Balijczyk odmówił uczestniczenia w życu społecznym banjaru – taka opcja nie mieści się nikomu w głowie. W praktyce oznacza to zatem, że jeżeli np. nasz pracownik pochodzi z wioski oddalonej o 120 km i akurat odbywa się tam jakaś ceremonia, to rzuci on pracę, wskoczy na skuter i weźmie w niej udział, nawet jeśli miałoby to go kosztować utratę pracy. Dla nas ekspatów zatrudniających Balijczyków bywa to uciążliwe, jednak siła i obecność banjarów mają dla nas także bardzo dużą zaletę: zapewniają bezpieczeństwo. O ile bowiem już ubóstwo i zaniedbanie swoich członków rzuca się cieniem na prestiżu całej społeczności banjaru, tak jak wielką hańbą jest, gdy ktoś zostaje na jego terenie okradzony lub napadnięty? Przestępczość na Bali jest bardzo niska, między innymi dlatego, że porządku pilują sami Balijczycy. Oczywiście – zdarzają się włamania, czy napady, ale są one tak rzadkie, że gdy coś takiego ma miejsce piszą o tym wszystkie lokalne gazety. Wyobrażacie sobie, żeby „Wyborcza” informowała na pierwszej stronie, że Kowalskiemu ukradli samochód? Sprawcami kradzieży i włamań – jeśli się już zdarzają, są najczęściej mieszkańcy z innych wysp, którzy przenoszą się na Bali skuszeni wizją łatwego zarobku. Muszą oni być jednak szalenie zdesperowani i ostrożni – złapany przestępca często zostaje brutalnie pobity, a często znika bez śladu i policja nie będzie się interesować co się z nim stało. A zatem jeśli coś złego przydarzy Ci się na Bali – zamiast na policję, która zażąda łapówki za podniesiecie tyłka z krzesła i zgaszenia papierosa, by choć przyjrzeć się sprawie – lepiej pójść do znajomego z banjaru. Miałem okazję się o tym przekonać, ale to już historia na inny dzień…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.