Społeczeństwo. Przepraszam, czy tu biją?

pic20

Był środek pory deszczowej i lał deszcz. Nie taka siąpiąca leniwie z nieba kapanina, jakie znamy z Europy, ale bijąca wściekle w ziemię ściana wody; półprzeźroczysta kurtyna z deszczu, przez którą ledwo co widać obiekt znajdujący się na drugiej stronie ulicy. Ulewa złapała mnie jak zwykle w połowie drogi do domu, i jak zawsze nie miałem ze sobą kuriozalnej, skrojonej na wzór płaszcza Batmana peleryny, więc przykleiłem się do motoru i przerzucałem kolejne biegi, marząc o jak najszybszym zrzuceniu z siebie mokrych ciuchów.  Na ostatnim zakręcie przed uliczką, na której mieszkam, tuż obok drewnianej budy, gdzie starszy facet sprzedaje szaszłyki z kurczaka, benzynę w butelkach i młode kokosy, drogę zastąpł mi rozmokły, wściekły i rozrastający się tłum. Ludzie zeskakiwali ze skuterów, rzucali siatki z zakupami i niedojedzone posiłki, część brała na ręce mniejsze dzieci i podbiegali do gęstniejącego kręgu, ignorując zupełnie smagające ich strugi deszczu. Pośrodku ulicy leżał strzaskany motor, boleśnie wygięty, rozbita lampa i kręcące się jeszcze koło. Obok porzucony, biały samochód za śladem po uderzeniu na lewej stronie maski, drzwi otwarte, z radia wyła lokalna muzyka. Kierowca ewidentnie spowodował wypadek, pomyślałem sobie – uciekał i dopadli go przechodnie. Ale gdzie jest kierowca motoru? Deszcz rozmywał krwawy ślad na jezdni, ktoś mocno przydzwonił w ziemię. Przeciskałem się przez falujący tłum, zaciśnięte pięści, wrzaski, złe twarze, burza, pioruny, wściekłość. Biją kogoś – w powietrzu wisiał amok, szaleństwo, lincz. Kogo biją – sprawcę wypadku, kierowcę samochodu? Nie. Ze niedowierzaniem zauważyłem motocyklistę, jeszcze w kasku, kulącego się w kałuży na poboczu, próbującego zasłaniać się przed razami kopiących go bezlitośnie mężczyzn. Ktoś próbował zerwać z niego kask, niemalże dusił go rzemieniem, inni z papierosami w zębach czekali, aż bijący zrobią trochę miejsca, aby samemu jeszcze dołożyć kopa, uderzyć pięścią przerażonego i plującego krwią chłopaka. Co się dzieje? Dlaczego? Za co? Astaga, tuhan! (z indonezyjskiego: „o mój Boże, proszę pana!”) krzyknęła mi w ucho moja penbantu (pomoc domowa; w Indonezji domy najczęściej wynajmuje się z osobą sprzątającą), która po drugiej stronie ulicy ma stoisko z używanymi telefonami i kredytami na rozmowy. Jangan lihat tuhan! („niech się Pan nie przygląda) – szarpała mnie za rękaw wyciągając z tłumu. Itu orang banjar! („to są ludzie z banjaru”) – wskazała na bijących. „A ten” – zmarszczyła gniewnie twarz i wyciągnęła palec w kierunku szamoczącego się motocyklisty – „to złodziej, co próbował wyrwać torebkę turystce!” Faktycznie. W tłumie dostrzegłem dwie, wyraźnie zszokowane dziewczyny bezskutecznie usiłujące powstrzymać rozwój przemocy. Zrozumiałem już co się działo. Byłem świadkiem spontaniczne wymierzanej kary przez społeczność lokalnego banjaru. Moja penbantu tylko dodała kilka szczegółów. Runął deszcz i dwie turystki przebiegały przez ulicę, żeby schronić się w pobliskim sklepie. Facet na motorze capnął za torebkę jednej z nich i szarpnął ją tak silnie, że dziewczyna wylądowała na ziemi. Zauważył to kierowca białego samochodu, który z premedytacją wjechał w złodzieja, żeby go zatrzymać. Chłopak próbował jeszcze uciekać, ale rzucili się na niego Balijczycy, mieszkańcy „mojego” banjaru, którzy byli świadkami całej sytuacji. Reszta historii rozgrywała się właśnie na moich oczach. Chłopak był skończony, jedyne na co mógłby liczyć, to na pojawienie się policji, chociaż ta przeważnie nie ingeruje w samosądy dokonywane na terytorium banjarów. W świetle prawa obyczajowego banjar może nawet wydać i wykonać wyrok śmierci, a policja państwowa nie ma nad nimi jurysdykcji. Banjary na Bali mają potężną autonomię, a ich zależność od państwa jest mocno umowna. Nie czekałem na finał tej historii, przepchałem motor przez tłum i pojechałem do domu. Wiedziałem, że nie powinienem był wystawać w tłumie gapiów, to była wewnętrzna sprawa tej społeczności, która w takich sytuacjach niechętnie widzi obecność obcych. Chłopak na motorze, jeżeli przeżył, to już na pewno nigdy niczego nie ukradnie. Nie na Bali. Jeśli przeżył. Po godzinie wyszło słońce, a na naszej ulicy jak zawsze smażono banany w cieście, naprawiano motory i palono papierosy siedząc w kucki. Po całej awanturze ani śladu.

Czym jest banjar? Z punktu widzenia Balijczyka – wszystkim. To jednostka terytorialna – wszystko na Bali znajduje się na terenie jakiegoś banjaru; ale i społeczna – należą do niego wszyscy mieszkańcy danej dzielnicy, kilku ulic, wioski. To coś w rodzaju gminy, która jednak w stu procentach reguluje każdy aspekt prywatnego i społecznego życia swoich członków. To niezwykły, jedyny w swoim rodzaju twór społeczny, który w niewielkim tylko stopniu zmienił się od czasów przed-kolonialnych, pamiętający jeszcze Negary – hinduistyczne quasi-królestwa, które dominowały na wyspie od XIV wieku. Po ich zniszczeniu w XIX i na początku XX wieku, banjary stały się podstawowym nośnikiem balijskiej kultury i tradycji, gwarantem zachowania społecznego i religijnego status quo. Gwarantem na tyle silnym, że balijska kultura w niezmienionej formie przetrwała wszystkie rewolucje republikańskiej Indonezji i skutecznie opiera się wpływom zmasowanej turystyki, która zalewa Bali przez ostatnie trzydzieści lat. Więcej o tym czym jest banjar, jak wpływa na życie Balijczyków, ale i nasze – ekspatów, oraz jak utrzymuje bezpieczeństwo na wyspie – opowiem Wam w kolejnym wpisie; już w czwartek.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.