Retrospekcje i zapiski z podróży. Człowiek z liściem na głowie.

wojownik korowajow z jaszczurka.jpg

Papua Zachodnia, rozlewisko rzeki Eilanden, pd-zach. od łańcucha gór Jayawijaya, teren klanu Dajo z plemienia Korowajów, 17 październik 2012:

Oto człowiek zszedł z drzewa. Jego dom znajduje się nad nami, w koronie z liści, w cieniu splątanych gałęzi – trzeba wysoko zadzierać głowę i mrużyć oczy patrząc pod słońce. Trzymamy się za ręce na krzyż – jego prawa dłoń na mojej lewej, moja lewa na jego prawej – i obracamy się dokoła w krótkich podskokach, wydając z siebie przyjazne dźwięki. „Uk-uk-uk” i obrót. „Uk-uk-uk” i następny. Pamięta mnie. Byłem tu już wcześniej, i to nie raz, czy dwa. Kiedy się spotkaliśmy? Dwa lata temu? Trzy? Nie pamiętam. Wiem, że wcześniej mieszkał kilka kilometrów stąd, bliżej głównego koryta rzeki.

Kiedy umarła jedna z jego żon, opuścił swój dom na drzewie (stał się on wtedy grobem) i tutaj wybudował następny. Jest teraz sam – co się stało z pozostałymi żonami? Było ich trzy, jeśli dobrze pamiętam. I dzieci. Ze wstydem uświadamiam sobie, że nie pamętam jego imienia, choć on pamięta moje. „Adam” – powiedział, gdy wcześniej chwycił mnie za rękę i wydawało mi się, że w jego oczach dostrzegłem cień radości. W papuaskich oczach jednak – małych i ciemnych trudno jest dostrzec jakiekolwiek emocje. Nie rozumiemy się – on nie mówi po indonezyjsku, ja nie znam słowa w jego dialektcie. „Uk-uk-uk” – powtarzam. „Uk-uk-uk”

        Wygląda na starca, ale równie dobrze może mieć trzydzieści lat. Jest nagi – nie licząc przepaski na biodrach, a jego penis wciśnięty jest w mosznę i zawiązany ciasno kawałkiem łyka, aż boli patrzeć! Ma gęsty zarost i zdeformowaną – jakby w wyniku polio – lewą stopę. W rękach trzyma łuk i strzały, u jego nóg natomiast kręci się mały, rudawy pies. Zwierzę ma podwiązaną przednią łapę, żeby nie mogło samodzielnie biegać po lesie; musi kuśtykać na trzech łapach za swoim panem. Dopiero gdy przyjdzie czas polowania – gdy gdzieś w buszu zaszeleszczą liście, z trzaskiem pękną gałęzie pod kazuarem lub dziką świnią – pies zostanie uwolniony i zniknie w chaszczach niczym wystrzelony z procy. Skąd w sercu dżungli wzięły się psy, uliczne Burki i Azory? Nikt nie wie, ponoć były tu od zawsze.

        On człowiek i ja człowiek. Jesteśmy tak bardzo podobni i tak skrajnie różni. Dzieli nas jakieś pięć tysięcy lat. On mieszka w lesie na peryferiach świata, ja na tropikalnej wyspie na której cały świat spędza wakacje. On ma wszystko, czego potrzebuje, ja mam nieporównanie więcej i ciągle mi mało. On jest absolutnym mistrzem swojego życia, ja swojego być może nigdy nie nauczę się do końca. Ja mam telefon satelitarny, on nawet nie wie, że istnieją wszystkie te miejsca, do których mógłbym zadzwonić. Ja mam szwajcarski scyzoryk i drogi plecak, co nie przemaka i niemalże nosi się sam – on ma kamnienny toporek i noken, plecioną siatkę zakładaną na czoło. Ale to jednak ja przyszedłem do niego i wątpię, czy on – nawet gdyby wiedział skąd przybywam, chciałby się tam kiedykolwiek udać.

Po co? Świat zewnętrzny jest nieznany i niebezpieczny, jego świat jest natomiast okiełznany i kompletny. Ja w dżungli nie mam sensu, nie pasuję tutaj, on zaś jest na swoim miejscu, jest częścią swojego świata, pozostaje w idealnej harmonii ze wszystkim, co go otacza. Ja jestem pełen rozterek i wątpliwości, które gnają mnie po całym świecie, on nigdy nie przekroczył pobliskiej rzeki, ale wie, że wszystko co robi ma sens, że podejmowane przez niego decyzje i czynności są słuszne. Z ontologicznego puntku widzenia spotkałem właśnie człowieka prawdziwie szczęśliwego, całkowicie spełnionego, żyjącego pełnią życia, w zupełnie obcym nam wymiarze czasu i przestrzeni.

To fascynujące, że tacy ludzie jeszcze istnieją, a odkrywanie ich wymiarów życia, tej całkowicie odmiennej percepcji rzeczywistości stanowi dla mnie esencję podróżowania. Wydawać by się mogło, że gdyby on wiedział ile środków trzeba przedsięwziąć, żeby do niego dotrzeć, ile wydać pieniędzy (kategoria absurdalna w miejscu, gdzie pieniądze nie są nikomu do niczego potrzebne!), ilu ludzi i sprzętu zaangażować w dwutygodniowe przedzieranie się przez bagna i dżunglę, a wszystko to dla tej właśnie chwili, momentu spotkania i „uk-uk-uk,” którego przed chwilą doświadczyłem – uznałby mnie pewnie za wariata. A jednak Ludzie Drzew mają inne określenie na obcych błąkających się bez celu po ich lesie i jest to słowo wymawiane z wielkim strachem. „Laleo” – tym terminem określa się ducha zmarłej osoby, która wraca do świata żywych, aby pociągnąć za sobą swoich bliskich. Laleo potrafią wywoływać choroby i śmierć, a nawet zatruwać jedzenie, które podrzucają potem nieświadomym niczego domownikom – wszystko po to, by znów się z nimi połączyć. Nic więc dziwnego, że pierwsze ekspedycje białych w tym regionie miały ogromne problemy z nawiązywaniem kontaktu, a przynoszone przez nich dary – ryż, tytoń i stalowe narzędzia, traktowane były nieufnie.

To moja szósta wyprawa do Korowajów – jednego z najbardziej wyizolowanych i fascynujących plemion na Ziemi, z którymi pierwszy kontakt nawiązano dopiero w 1979 roku. Korowajowie i zamieszkujący sąsiednie tereny Kombajowie słyną z tego, że budują swoje domy wysoko na drzewach, czasami nawet kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Sąsiednie plemiona nazwały ich z tego powodu „Ludźmi Drzew.” Domy są budowane na drzewach z dwóch powodów: ponieważ wyżej mniej jest komarów oraz innych, dokuczliwych insektów, oraz dla obrony przed wojowniczymi sąsiadami. Korowajowie nigdy nie opanowali kultury agralnej – nie potrafią uprawiać ziemi ani hodować zwierząt. Są nomadami – żyją w danym miejscu tak długo, jak w okolicy wystarcza sago, ryb i dzikich owoców.

To jedna z ostatnich na Ziemi klasycznych grup zbierawczo – łowieckich, która przenosi swoje siedliska w poszukiwaniu żywności. Jest ich bardzo niewielu – według przybliżonych szacunków w rozlewiskach rzek Elianden, Brazza i Mabul żyje ok dwóch tysięcy ludzi. Jest dowiedzione, że Korowajowie w dalszym ciągu praktykują rytualny kanibalizm jako formę kary za popełniane przestępstwa lub podczas konfliktów. Ich język, z uwagi na niewielką liczbę użytkowników oraz brak formy pisanej, jest jednym z ponad trzystu dialektów na Papui, którym zagraża wymacie. Jedynym białym na świecie, który zna język Korowajów jest dr Karl Miller, który spędził wśród Korowajów cztery lata, a którego miałem honor poznać, podczas mojej wcześniejszej wyprawy w 2011 roku.

Co roku, chcąc dotrzeć do Korowajów musimy wyprawiać się coraz dalej w głąb rozległych bagien na pd-zach od gór Jayawijaya, gdyż Korowajowie wycofują się w głąb dżungli przed nieustępliwie nadciągającą cywilizacją i nowymi osiadlami Indonezyjczyków, którzy podbili Papuę na początku lat sześciesiątych. Dr. Miller zgdził się ze mną, gdy zasugerowałem, że obecne tempo przemian na Papui oraz skala wycinania lasu sprawia, że mamy prawdopodobnie do czynienia z ostatnim pokoleniem Korowajów, żyjącym w dżungli. Ich sposób życia nie zmienił się przez ostatnie pięc tysięcy lat, jednak w ciągu ostatniej dekady stanęli bezradnie wobec cywilizacji XXI wieku.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.