Postacie. Eka. Część 2.

NK - A 0026

Mijały kolejne lata od czasu, gdy Scott rozbił kokos w świątyni i stał się Eką. Przez ten czas urodziła mu się dwójka dzieci – Made i Indika, opanował płynnie język indonezyjski i balijski (co imponuje, bo ten ostatni jest po prostu niemożliwy do opanowania!) regularnie chodził do świątyń, składał ofiary, zażynał świnie i kury, brał udział w ceremoniach, zaczął nawet ubierać się po balijsku – słowem, stał się Balijczykiem pełną gębą, we wszystkich wymiarach i aspektach. Kiedy poznałem go pisząc pracę magisterską o kulturze balijskiej w 2007 roku, Eka był dla mnie nieocenionym źródłem informacji, ale też wyjątkowo zjawiskową postacią, która nabrała tak lokalnych nawyków jak np. żucie tytoniu i spluwanie do plastikowej butelki na pluwociny, z którą się nigdy nie rozstawał. (Wyjątkowo obrzydliwe.

Eka to dobry chłopak jest, ale zdecydowanie powinien zrezygnować z plucia w butelkę i noszenia dwa numery za dużych drewniaków). Eka był też nieustannie zajęty wymyślaniem nowych biznesów, gdyż notorycznie brakowało mu pieniędzy. Jedną z pierwszych konsekwencji jego „formalnego” wejścia w strukturę rodziny balijskiej i banjaru było bowiem to, że jeśli ktokolwiej w tej rodzinie wcześniej pracował to natychmiast przestał, gdyż wszyscy zgodnie uznali, że pieniądze powinny być teraz zmartwieniem nowej głowy rodziny. Czegoż ten człowiek nie wymyślał! Sklep z loterią, gdzie wygrywało się fanty, stoisko z lewymi plikami muzycznymi, kafejka internetowa, naprawa komputerów, projektowanie stron, programowanie…

Niektóre pomysły były absurdalne (sklep z loterią???), ale nie można mu było odmówić pracowitości. Presja finansowa na Ekę ze strony nowej rodziny rosła, potrzeby były duże (ceremonie, ofiary, nowa świątynia domowa – przeciętna rodzina balijska wydaje 1/3 swojego budżetu na działalność religijną!), do tego rosnące dzieci, kredyty i wszystko to, na co wydaje się pieniędze mając rodzinę. Arie średnio partycypowała w domowym budżecie, gdyż bardzo pochłaniały ją obowiązki natury towarzyskiej, imprezy i znajomi. Między młodymi małżonkami budowała się rosnąca przepaść, robiło się coraz więcej nieporozumień i problemów. Któregoś dnia Eka postanowił na parę miesięcy wrócić do Stanów, żeby dorobić do rodzinnego budżetu. I to właśnie wtedy Arie zostawiła go po raz pierwszy.

W środku nocy Eka odebrał telefon od swojego teścia na Bali, który poinformował go, że ma natychmiast wracać do domu, ponieważ ma problem i jego żona właśnie uciekła z innym facetem na Tajwan. A poza tym, to „co z niego za mąż i mężczyzna, który nie potrafi upilnować nawet własnej żony i czy zdaje sobie sprawę z tego, jak to będzie wyglądało w bajnarze.” Eka niewiele myśląc rzucił robotę i jeszcze tego samego tygodnia wrócił na Bali. Trzeba przyznać, że Arie, jak już coś robiła, to robiła to w iście hollywoodzkim stylu. To, że uciekła z ledwo poznanym facetem i zostawiła za sobą rodzinę i dwójkę dzieci już stanowiło dość filmowe posunięcie. Jednak podróż trzeba było jakoś sfinansować, zatem dla dopełnienia dramatu, dziewczyna wyprzedała cały majątek rozkręcanej przez męża firmy na Bali.

Eka wrócił do Indonezji, gdzie czekały na niego skonsternowane dzieci, puste pomieszczenia po sklepie, gderający teściowie i tłumy ciekawskich sąsiadów rozpuszczających coraz to gorsze plotki na temat tego, co się stało. Sporo czasu zajmowało mu wyjaśnianie wszystkim znajomym, że to wcale nie on był tym, który uciekł do Ameryki zostawiając żonę i dzieci. Po jakimś czasie życie wróciło do normy – Eka znalazł dobrze płatną pracę na Bali, dziadkowie pomagali przy dzieciach, a sąsiedzi wreszcie przestali zadawać głupkowate pytania. Tylko na imprezach temat Arie był raczej tabu bo nikt z nas nie bardzo wiedział, jak o tym rozmawiać z Eką. „Dlaczego chłopie nie spakujesz manatków, nie zabierzesz dzieci i nie wrócisz do Stanów?” „Bo on jest teraz Eka, bo jest hindu, bo tutaj dzieci maja rodzinę i środowisko w którym są szczęścliwi.” W porządku. Był też jednak inny fakt, o którm Eka mówił raczej niechętnie. Balijska rodzina raczej nigdy nie pozwoliłaby mu zabrać jedynego wnuka, męskiego potomka, który zabezpiecza trwałość linii po mieczu. Byłoby to conajmniej bardzo trudne. Minęło parę miesięcy i któregoś dnia w drzwiach domu pojawiła się Arie. „Koleś okazał się być gnojkiem” – oznajmiła. „Wyrzucił mnie!”

Odbyła się kolejna, rodzinno – banjarowa narada. Odpalano papierosa od papierosa, rozlewano czarną jak smoła kawę, każdy wypowiadał się na temat jak należy ukarać niewierną żonę i wyrodną córkę (o matce już nie wspominając). Po burzliwej debacie postanowiono ją zdegradować w statusie poprzez zwracanie się do niej „mniejszym” imieniem (o kwestii imion na Bali napiszę kiedyś osobny wpis – to wyjątkowo skomplikowany system), a ostateczną decyzję co do ewentualnej kary oddać Ece. „Możesz zrobić z moją córką co chcesz” – miał go poinformować teść (co przyznaję, że wwołuje ciarki na plecach, bo wg. Eke jego teść naprawdę miał na myśli „cokolwiek”) – „Jeśli chcesz ona może już nigdy nie opuścić domu.

Na szczęście Eka nie skorzystał z pomysłów kar cielesnych, wiązania, przykuwania do stołu, głodzenia, szpecenia, czy co tam jeszcze mogłoby się pojawić niektórych, chorych głowach. Eka postanowił nie robić nic. Dzieciaki mialy z powrotem matkę, to było dla niego najważniejsze. Może się wszystko jakoś ułoży? Nie ułożyło się. Nie minęły dwa lata i historia powtórzyła się według identycznego scenarousza: Arie zniknęła z innym facetem (tym razem wyjechała do Australii), po jakimś czasie wróciła. I Eka znowu jej wybaczył. W końcu, w zeszłym roku znajomy Arie i Eki z Kalifornii załatwił jej pracę – miała przyleciec na dwa miesiące na jego plantację marihuanay i pomóc w zbiorach. Miała zarobić kilkanaście tysiecy dolarów. Arie wróciła bez pieniędzy, za to z nowym chłopakiem i informacją, że zostaje w Stanach na stałe. Do trzech razy sztuka. Eka wystąpił o rozwód.

Zaraz po tym, jak Arie wyjechała do Stanów, Eka postanowił porozmawiać szczerze ze swoim teściem. „Nie sądzisz” – zapytał – „że coś jest w tej rodzinie wyjątkowo popieprzone?” Ojciec Arie przyznał mu rację, ale jego konkluzja była daleka od oczekiwań Eki. „Musimy skonsultować się z Balianem!” Eka chwycił się za głowę. Ostatnie, czego mu teraz brakowało to kolejne czary i ceremonie. Kim jest Balian? Będę o nich pisał w osobnym poście. Teraz powiem tylko, że są to swego rodzaju duchowi przewodnicy i uzdrowiciele, z którymi Balijczycy konsultują swoje największe troski i dylematy. Widzieliście „Jedz, módl się i kochaj?” Julia Roberts konsultowała się na Bali właśnie z jednym z nich. Teść Eki zamordował więc kilka kur w ofierze i wybrał się na konsultacje. Analiza aury energetycznej Eki i jego rodziny nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Problem nie dotyczył tylko Eki. Cała wioska pozbawiona była życiodajnej równowagi i spotykał ją z tego powodu szereg nieszczęść. Przyczyna była jasna – jedna z trzech głównych świątyń we wiosce, ta, którą niedawno przebudowano na nowo – została postawiona w złym miejscu! Trzeba ją koniecznie wybudować na nowo i zorganizować ogromną ceremonię puryfikacyją! Natychmiast!

Dla Eki nie mogło być gorszej informacji. Nie dość, że mógł już zapomnieć o czysto ludzkim zrozumieniu ze strony własnych teściów przerażonych teraz wizją dalszych katastrof i nieszczęść, to jeszcze będzie musiał ponosić ciężar finansowy budowy nowej świątyni oraz gigantycznej ceremonii z kosztownymi ofiarami (na kury i świnie też padł blady strach). W popłoch wpadł też wioskowy kapłan, który zadecydował o przebudowie świątyni i wskazał jej nową lokalizację, bo to na nim skupić miał się teraz gniew całej społeczności zmuszonej wydać kilkanaście tysięcy dolarów na ceremonię. Cała wioska zresztą była skrajnie poruszona; zaczęto bowiem publicznie prać brudy każdej rodziny, wskazując je jako kolejne konsekwencje złości duchów rozsierdzonych złą lokalizacją nowej świątyni. Szybko okazało się, że małżeńskie problemy Eki bledną w porównaniu do łóżkowych podbojów mężów i żon z sąsiedztwa, skłonności hazardowych właścicieli kogutów i problemów alkoholowych połowy mężczyzn w wiosce. Czas zabijać kury i świnie! Czas oczyścić energię w wiosce i przywrócić jej równowagę! Czas urządzić ceremonię, której skala i rozmach przyćmi, wszystkie ceremonie organizowane wcześniej w tym roku!

Eka opowiadał, że coś przedziwnego wydarzyło się podaczas tej ceremonii. Kiedy cała wioska – razem kilkaset osób – siedziało na świątynnej podłodze, w milczeniu wznosząc złożone dłonie z kwiatami do czoła, silny podmuch wiatru zerwał z dachu świątyni ozdobną, chińską monetę, którymi na wyspie dekoruje się domy na znak szczęścia. Świszczący brzęk nadlatującej monety słychać było w każdym zakątku świątynnego dziedzińca i każdy mógł zobaczyć, że moneta ląduje idealnie na wprost prowadzącego modły kapłana. ZNAK!!!!! Duchy zesłały znak, że ofiara została zaakceptowana! W jednej chwili wszyscy chwycili za komórki i zaczęli wydzwaniać do znajomych, chcąc podzielić się z nimi dobrą nowiną. Może teraz wreszcie wszystko się odmieni?

Teściowie Eki również uwierzyli, że ich fortuna się wreszcie odwróci i postanowili, za wcześniejszą radą Baliana, dokonać magicznego rytuału, mającego sprowadzić ich córkę z powrotem na Bali. Któregoś dnia po powrocie z pracy Eka zastał teściów odświętnie ubranych, poważnych i gotowych do działania. „Uszykuj się” – powiedzieli mu – „musisz porozmawiać ze swoją żoną i skłonić ją do powrotu.” „Ale ja wcale nie chcę, żeby ona wracała” – odpowiedzieć miał Eka, dając swoim teściom po raz pierwszy jasno do zrozumienia, że dla niego sprawa jest już zakończona. Nie było jednak dyskusji.

Na podłodzie domowej świątyni stała już przygotowana ozdobna misa wypełniona wodą, która reprezentować miała duszę Arie. Jej matka mamrocząc mantry wrzucała do niej płatki kwiatów, wokół zaś paliły się kadzidła i stały ofiarne talerzyki z liści bananowca. W pewnym momencie kobieta zaczęła spazmatycznie łkać i obejmować misę rękoma. „Wróć, córko, oszczędź nam wstydu” – miała wykrzykiwać wpatrując się uważnie w lustro wody. Jej mąż natomiast miotal w tym czasie klątwy i groźby, wymachując rękoma i potrząsając starczą głową. Potem oboje chwycili Ekę za ręce i zaczęli wspólnie wznosić modły. Tymczasem do świątyni przyprowadzono Made i Indikę – „no już, porozmawiajcie z mamą!” „Ależ to jest zwykła miska, tu nawet nie ma telefonu” – zauważył przytomnie siedmioletni Made. „Po prostu rób, co ci dziadek karze i miejmy to już za sobą” – zakończył dyskusję Eka. A co sam powiedział do miski? „Żegnaj i powodzenia,” tak twierdzi. Po ceremonii Eka wrócił do swojej sypialni. Na telefonie były cztery nieodebrana połączenia i długi sms od Arie. „Czy mogę jeszcze wrócić?”

Nie wróciła. Dzięki nieobecności Arie w Indonezji Eka wygrał w sądzie sprawę, którą zazwyczaj, w takich przypadkach biali przegrywają – sprawę o prawną opiekę nad dziećmi. Eka formalnie rozwiódł się z Arie w Indonezji i wysłał jej papiery rozwodowe do Kalifornii. A niedawno wpadł do nas do biura informując radośnie, że jego żona wychodzi za mąż. „To już naprawdę koniec” – cieszył się – „Dzieci są już w 100% moje.” Poszliśmy to później oblewać do pobliskiej knajpy. Historia zatoczyła koło. Amerykanin został Balijczykiem i mieszka z rodziną swojej byłej żony na balijskiej wsi. Balijka wyrabia sobie amerykański paszport i zostawiła męża i dzieci by zamieszkać w Ameryce. Czasami życie naprawdę pisze dziwne scenariusze…

Ostatni raz rozmawiałem z Arie, jak przyjechała się pożegnać do naszego biura przed wyjazdem do Stanów. Wszyscy już wiedzieliśmy, że nie zamierza wracać, jedynymi osobami, nieświadomymi jeszcze całej sytacji byli jej rodzice. „Zostawiłam im list” – powiedziała Arie. Pamiętam, że patrzyłem na nią i nie mogłem uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Zapytałem w końcu, jak się z tym czuje, że zostawia – pal licho męża, ale dwójkę własnych dzieci! „Wiesz” – powiedziała mi – „to jest bardzo ciężkie i nie jest to łatwa decyzja. Ale nie jestem tutaj szczęśliwa, mam tylko jedno życie i czuję, że muszę je wykorzystać.” „I tu jesteś w błędzie” – odparłem złośliwie. „Nasz kierowca jest Muzułmaninem i on ma tylko jedno życie. Ja jestem (przynajmniej na papierze) chrześcijaninem, a więc też mam teoretycznie tylko jedno życie do wykorzystania. Ale ty? Ty jesteś Hindu, w wy będziecie tu ciągle wracać! Siedemset wcieleń musi przejść każdy z Was zbierając karmę i dążąc do doskonałości! Nie obawiasz się swojego przyszłego wcielenia?”

Arie uśmiechnęła się tylko i rozmarzyła, zapewne myśląc o swojej kolejnej, amerykańskiej inkarnacji, w której będzie nareszcie wolna i szczęśliwa. „Żegnaj i powodzenia.”

Ps. Kiedy pytałem Ekę o zgodę na publikację jego histori, Eka miał na początku sporo wątpliwośći. W końcu machną ręką mówiąć: „a co tam, w końcu to i tak będzie tylko po polsku!” A potem dodał: „Daj mi znać, co ludzie o tym myślą.” Jeśi macie jakieś komentarze dla Eki, to z chęcią mu je przekażę.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.