Papua: o Jacobie co pierwszy wyszedł z lasu…

DSC_0726-a

Jacob nie potrafił mi powiedzieć ile ma lat i nigdy się chyba nad tym nie zastanawiał bo był wręcz zdziwiony, gdy go o to zapytałem. Wiek Papuasów to rzecz nieodgadniona – często wyglądają niczym dwustuletni starcy, w rzeczywistości mając lat trzydzieści, czterdzieści. Jacob nie znał też wieku czwórki ze swoich starszych dzieci, a o najmłodzszym – na oko 7-mio letnim chłopcu, potrafił powiedzieć jedynie tyle, że urodził się „trzy domy temu.” (Co ciekawe, gdy zapytałem Jacoba ile ma dzieci odpowiedział: „mam trójkę dzieci i dwie dziewczynki). Korowajowie i Kombajowie liczą czas w domach, których używają najczęściej przez okres dwóch – trzech lat, poczym przenoszą się w inne miejsce poszukając pożywienia i terenów łowieckich. Stwierdzenie zatem, że coś wydarzyło się „dwanaście domów temu” – choć niewątpliwie sięgałoby kresu pamięci mówiącego, to jedyna, choć mocno umowna forma kalendarza, jakim posługują się Ludzie Drzew. Jacob twierdził, że sam wybudował 14 domów, ale szybko okazało się to wątpliwe, gdyż sprawnie liczyć potrafił tylko do dziesięciu. Myliły się mu te wszystkie „nastki” – trzynastka wskakiwała zamiast jedenastki, piętnastkę wyprzedzała dziewiętnastka. A może wynikało to tylko z tego, że próbował liczyć po indonezyjsku? W przypadku umorusanego brzdąca w kolorze smoły, z gilami sięgającymi od nosa do kolan, tak, że aż dziw, że nie utrudniały mu chodzenia, moja ocena wieku wydawała się jednak trafiona. Dzieciak plątał się pod nogami popisując się strzelaniem z miniaturowgo łuku i zaśmiewał do łez – podobnie jak reszta klanu – gdy któryś z członków naszej ekspedycji niemal sam się postrzelił, próbując tej samej sztuki łukiem pożyczonym od Jackoba. W rękach Jacoba natomiast, łuk to śmiercionośna broń – potrafił wystrzelić kilkanaście strzał pod rząd, trafiając precyzyjnie w cel i codziennie wracał z lasu niosąc upolowane ptaki.

Jacob pojawił się na naszej drodze znikąd. Najpierw był błyszczącymi oczyma ukrytymi gdzieś w gąszczu i obserwującymi nas z ukrycia. Potem potem był rękoma trzymającymi napięty łuk wycelowany w nasze plecy, czym wywołał niemały popłoch, który sam uznał za świetny dowcip. Przez jakiś czas szedł cichcem za grupą obcych, mozolnie przedzierających się przez bagna, skupionych na stawianiu kolejnych, niepewnych kroków; aż wreszcie postanowił się ujawnić i zaprosić nas do obozwania przy jego domu na drzewie. Jak zwykle podczas wypraw na Papuę, nieplanowana decyzja okazała się być tą właściwą. Jacob był jednym z najbardziej otwartych, rozmownych i pomocnych Korowajów, których poznałem podczas wszystkich, dotychczasowych wypraw na wschód od rzeki Mabul. Był też jednym z niewielu, którzy tak dobrze mówili po indonezyjsku, dzięki czemu nawiązała się między nami dodatkowa nić komunikacji. Jacob należał do pierwszego pokolenia Korowajów, którzy nawiązali kontakt ze światem zewnętrznym i przestali uciekać wgłąb dżungli przed obcymi kręcącymi się po lesie. Przede wszystkim jednak, Jacob był… kanibalem, jednym z dwóch poznanych przeze mnie Papuasów, którzy otwarcie przyznali się do jadania w przeszłości ludzkiego mięsa. I mimo, że od tamtego czasu wiele domów spadło już z drzew i zarosło dżunglą, historie Jacoba – dłubiącego patykiem w zębach i wyciągającego rękę po kolejne papierosy, wywołwały we wszystkich członkach wyprawy zimne dreszcze.

Imienia Jacob nie nadali mu rodzice – zrobił to indonezyjski misjonarz, który działał w okolicy. Jacob nie chciał podać mi jednak swego poprzedniego imienia – to niedobre imię – twierdził. Jacob był pierwszym ze swojego klanu, który pozwolił się ochrzcić. Było to „wiele domów” temu. Zanim to się jednak stało, Jacob mieszkał ze swoimi rodzicami i trójką rodzeństwa w trzech domach na drzewie na terenie klanu Dajo, którego przywództwo objął po śmierci starszego brata. Kiedy był „małym dzieckiem” (anak kecil), nad lasem zaczęły przelatywać „głośne ptaki” (buru keras) – prawdopodobnie misyjne awionetki, które dostarczały wyposażenie do misjonarskiej osady w Yanirumie. (Wiemy, że pierwszą misję w Yanirumie otworzył w 1979 roku holenderski misjonarz Johannes Veldhuizen, czyli dzieciństwo Jacoba musiało przypadać na wczesne lata 80-te). Za każdym razem, gdy jeden z nich przelaywał nad koronami drzew, mieszkańcy lasu w popłochu porzucali swoje domy, zarzucali na plecy najmłodszą dzieciarnię oraz małe świnie i uciekali wgłąb dżungli. Czasami potrafili chować się w lesie przez kilka dni, co było wyjątkowo niebezpieczne, gdyż nocami lasem rządziły laleo – duchy zmarłych.

Korowajowie, podobnie jak wiekszość grup na Papui, ograniczają swoje wierzenia do prostego dualizmu świata żywych i umarłych, przy czym oba te światy przenikają się wzajemnie i na siebie odziałowują. Człowiek po śmierci staje się “laleo” – zombie podobnym wędrowcą, demonem błąkającym się po lesie, które mają jednak “żyć” w świecie niewidzialnym i odwróconym od naszego. Noc postrzegają jako dzień,  żywią się “zwykłymi robakami” zamiast larw sago (które stanowią podstawę pożywienia Korowajów), uzależnieni są od żywiolu powietrza, podczas gdy ludzie podlegają raczej żywiolowi wody. Laleo zachowują w pamięci swoje ludzkie życie, tęsknią za swoimi bliskimi i podejmują próby, żeby się z nimi znów połączyć. To sprawia, że zmarli są niebezpieczni dla swoich żyjących krewnych, gdyż jedyną możliwością ponownego bycia razem jest…przeciągniecie żywych na stronę umarłych. Laleo polują zatem na żywych i starają się ich uśmiercić na rożne, często zdradzieckie sposoby. Jedną z najpopularniejszyh metod ma być podkładanie żywym zatrutego jedzenia, zwabianie ich nocą do rzek na pastwę krokodyli oraz zsyłanie rożnego rodzaju chorób. Co ciekawe, Korowajowie rozwinęli też pewną formę wiary w reinkarnację. Z tego co zrozumiałem, m. in. z opowieści Jackoba, laleo także są śmiertelni i umierając w świecie duchowym odradzają się na powrót w postaci dziecka w świecie żywych. Najczęściej zmarli odradzają sie w ciałach własnych wnuków i prawnuków, co ponoć jednoznacznie potrafią wskazać szamani i starszyzna Korowajow.
        Z zagrożeniami związanymi z istnieniem laleo wiąże się szereg tabu, których Ludzie Drzew zobowiązani są przestrzegać, często pod groźbą surowych kar z wykluczeniem, śmiercią i….byciem zjedzonym włącznie. Jednym z nich jest zakaz spożywania jedzenia niewiadomego pochodzenia. Przesąd ten był tak silnie zakorzeniony w świadomości Korowajów, że przez pierwszą dekadę od nawiązania kontaktu ze światem zewnętrzym, odmawiali oni przyjmowania ryżu, tytoniu i innych darów, ktore przynosili ze sobą “obcy” eksplorujacy ich teryrtoria. Dopiero w latach dziewiećdziesiątych ubiegłego wieku Korowajowie przyzwyczaili sie do dóbr, które mogli otrzymać w drodze wymiany od przybyszów spoza lasu. Do dziś część klanów Korowajów i Kombajów żyjących w większej izolacji ucieka na widok obcych, których uważają za laleo, którym w jakiś tajemniczy sposób udalo się przeniknąć do materialnego świata żywych.
Swój pierwszy kontakt ze światem zewnętrznym Jacob wspominał w następujący sposób. Pewnego dnia, jeszcze jako chłopcy, Jacob i jego starszy brat wybrali się ze swoim ojcem do sąsiedniego klanu, niosąc ze sobą kościane haczyki, muszle oraz psie i świnskie zęby, które mieli nadzieję wymienić na dużą ilość sago. Gdy po kilku godzinach marszu przez bagna dotarli do nowo wybudowanych domów na drzewach, stwierdzili, że jego mieszkańcy w popłochu uciekli zostawając za sobą niemalże cały dobytek. Zapewne jeden z “głośnych ptaków” krażył po okolicy. Wśród porzuconych sprzętow, ktore znali – wyprawionej kory, luków, strzał i trofeów myśliwskich z kości i piór, znaleźli także kilka przedmiotów, których pochodzenia ani przeznaczenia nie potrafili odgadnąć. Najdziwniejsza była “druga skora”, która pachniała intensywnie człowiekiem, ale w dotyku nie przypominała niczego znanego. Później okazało się, że znalezione przedmoty były m.in. koszulką, solą i tytoniem – wzystko to ojciec Jacoba zagarnał pod nieobecność gospodarzy. Koszulki ojciec Jakoba nie odważył się założyć nigdy (Jakob zresztą też ich nie nosi), tytoń nauczył się palić dopiero dużo później, ale od razu rozsmakował się w soli.  Gdy ukradzione zapasy się skończyły, ojciec wysłał swoich synów na poszukiwanie większej ilości swojego nowego przysmaku. W ten sposób Jacob zaczął regularnie odwiedzać sąsiednie klany, od których dowiedział się o istnieniu obcych, którzy byli co prawda żywymi ludźmi, ale za to posiadali wspaniałe przedmioty: siekiery ze lśniacego materiału, który był dużo ostrzejsze niż kamień,  ”wiele skór na zmianę”, tytoń, sól i wiele innych. Ojciec Jakoba nie był tymi wieściami zachwycony i postanowił przenieść sie głębiej do lasu, jednak Jakob był zafascynowany przybyszami z nowego świata. Minęło jednak jeszcze wiele czasu zanim Jacob zobaczył na własne oczy jednego z nich. Dopiero po osiągnieciu dorosłości i zbudowaniu własnego domu na drzewie Jacob spotkał jednego z indonezyjskich pomocników holenderskiego misjnonarza, który dzialał w misji w Yanirumie. Pierwszych białych spotkał dopiero “kilka domów temu”, co oceniam na połowę lat dziewiećdziesiątych.
Miały kolejne godziny opowieści Jackoba i powoli zaczęło mi brakować papierosów, których Papuas domagał się dosłownie kilka minut po zgaszeniu poprzedniego. Wystarczyła krótka chwila bez dymu, a  Jacob milknął i nerwowo badał wzrokiem kieszenie spodni i plecaka. Historia za papierosa. Oczywiście najbardziej fascynował mnie kanibalizm; kilkakrotnie próbowałem sprowadzić rozmowę na ten temat, jednak Jacob z początku niechętnie chciał o tym mówić. Przerobiliśmy zatem temat „życia seksualnego dzikich”, ilości żon, kolejności, w jakiej uprawia z nimi seks oraz miejsc, które do tego wybiera. Czy robi to z wszystkimi żonami na raz? Czy żony są o siebie zazdrosne? Czy kobieta może od niego odejść? Ile kosztuje żona? To kolejny, fascynujący temat, któremu poświęcę pewnie kiedyś osobny wpis. Tymczasem udało mi się wreszcie sierować jego opowieść na właściwe tory. Od początku wiedziałem, że Jacob jadał ludzkie mięso (pierwszej nocy wygadał się naszym tragarzom), i korzstając z chwili, gdy odpalał kolejnego papierosa, zapytałem go wprost. Jacob. Ile razy jadłeś człowieka?” Jacob wypuścił z nosa taką chmurę dymu, że widać przez nią było tylko jego czarne, błyszczące oczy. Wreszczie wyszczerzył się łobuzersko i odpowiedział: tiga kali (z bahasa indonesia: trzy razy).

Wśród wszystkich plemion Papui największym tabu jest magia. Korowajowie rozumieją przez nią nie tyle zestaw określonych działań, rytuałaów i innych „czynności magicznych” odprawianych przez specjalną osobę – szamana lub czarownika, co bardziej nadnaturalną intencję sprowadzenia nieszczęścia na danego człowieka. Jeśli zatem jacyś Korowajowie pozostają ze sobą w otwartym konflikcie – np. pokłócili się o pola łowieckie, kobiety lub miejsca wyrabiania sago i jednemu z nich przydarzy się jakieś nieszczęście; bardzo możliwe, że ten drugi zostanie posądzony o posłużenie się magią. Takie oskarżenie często równoznaczne jest z wyrokiem śmierci. Dodatkową karą przewidzianą dla czarownika jest…bycie zjedzonym przez klan ofiary rzuconego przez niego uroku. Sytuację osoby postawionej w stan oskarżenia komplikuje fakt, że nikt nie musi jej udowodnić, że faktycznie posłużyła się magią, ba – często do ostatniej chwili przed wykonaniem wyroku nie zdaje sobie ona sprawy ze śmiertelnego niebezpieczeństwa, w jakim się znalazła. Osobie takiej przedstawia się „zarzuty” dopiero gdy zostanie pobita, związana i często brutalnie torturowana. W takich warunkach „czarownik” bądź „czarownica” ma udowodnić swoją niewinność – w praktyce sprowadza się to uporczywego zaprzeczania zarzutom mimo zadawanego bólu i tortur. Najczęściej jednak człowiek nie przechodzi tej próby i zostaje zabity, a później zjedzony. Odbywa się to w określony sposób. Skazańca doprowadza w specjalne miejsce, zwane lethe, ktore więszkość klanów uważa za święte. Zazwyczaj jest to zakole jakiejś większej rzeki lub wyjątkowo duże drzewo. Przywiązuje się go do drzewa i strzela się do niego z łuku, ale tak, aby nie zabić. Później zawleka się go do rzeki i skręca mu kark. Następnie ucinana jest głowa, z którą nie dokońca jest jasne, co się potem robi – ma ona, w każdym razie, jakieś przeznaczenie rytualne. Bezgłowy korpus dzieli się na dwie części: lewą oddaje się klanowi „ofiar” skazańca, prawą zaś zachowuje klan osoby, która wykonała wyrok. Mięso jest dzielone na małe kawałki i przyrządzane w dokładnie taki sam sposób, w jaki na większości wyspy przygotowuje się mięso świń podczas większych uroczystości. W ziemi wykopuje się dół, do którego wrzuca się rozgrzane kamienie z ogniska. Na nich układa się mięso wymieszane z warzywami i trawą, poczym pokrywa się je kolejną warstwą gorących kamieni i zasypuje ziemią. W takim „piekarniku” mięso jest gotowe do spożycia po około godzinie. W uczcie obowiązkowo bierze udział cała społeczność – wyjątkiem jest jedynie osoba, która bezpośrednio zabiła skazańca. Nie będzie ona jadła swojej ofiary w obawie, że duch zabitego mógłby próbować się mścić na swoim zabójcy. Osoba, która wykonała wyrok prawie nigdy nie jest osobą pokrzywdzoną przez zabitego – osoba ta zabija niejako „oddając przysługę” komuś innemu. „Przysługa” ta nie zostaje zapomniana – w przyszłości, jeśli będzie taka potrzeba „dłużnik” będzie musiał zabić ofiarę wskazaną przez dzisiejszego kata. Wpisuje się to idealnie w system handlu wymiennego oraz „waluty usług”, którymi Korowajowie posługują się pomiędzy poszczególnymi rodzinami i klanami.

Wydawać by się mogło, że opisany powyżej przykład społecznej „sprawiedliwości” wśród Korowajów to obraz bezproduktywnego i bezsensownego okrucieństwa dowodzącego prymitywizmu i zwierzęcości Papuasów. Nic bardziej mylnego. Kanibalizm w tej postaci jest klasycznym przykładem społecznej regulacji opartej na „eskalacji przemocy.” Polega to na tym, by karę za hipotetyczne przestępstwo uczynić tak okrutną, żeby nikomu nawet nie przyszło na myśl się go dopuszczać. Widziecie – Korowajowie, dużo bardziej niż efektów magii i uroków boją się bowiem… oskarżenia o posługiwanie się magią. Podobnie rzecz ma się z kradzieżami czy morderstwami, które karane są w podobny sposób. Okrucieństwo zatem reguluje kruchą równowagę sił między rozproszonymi klanami, żyjącymi na tyle daleko od siebie, by nie ingerować swoje codziennie sprawy i na tyle blisko, by stanowić dla siebie nawzajem śmiertelne zagrożenie. Z kilku sprawdzonych źródeł (lokalne władze indonezyjskie, wojsko, misjonarze, moi papuascy tragarze i pracownicy oraz sam Jacob) wiem, że opisane praktyki stosowane są po dziś dzień. Często to sama rodzina postanawia pojmać i wydać na „sąd” jedneo z własnych członków, aby uniknąć konfliktu na większą skalę. Thony, z którym pracuję przy ekspedycjach na Papuę od sześciu lat opowiadał, że dwa lata temu spotkał mężczyznę, któremu udało się ujść z życiem z klanowego „sądu.” Mężczyzna ten został oskarżony o morderstwo. Torturowano go m.in. każąc mu jeść rzeczny muł (innymi słowy: wlewano mu na siłę muł do gardła, który musiał przelykać nie chcąc się udusić). Ponieważ do końca konsekwentnie zaprzeczał oskarżeniom, został w końcu uwiolniony i darowano mu życie. Dopiero potem przyznał się Thoniemu, który wynajął go do pracy, że faktycznie zabił tamtego człowieka.

Jacob nie potrafił powiedzieć ile lat temu po raz ostatni jadł człowieka. Twierdzi, że było to „wiele domów temu” i nie pamięta. W październiku ruszam na kolejną wyprawę do Korowajów i Kombajów, podczas której postaram się odwiedzić znów Jacoba. Może tym razem uda mi się odświeżyć jego pamięć?

 

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.