O mordercach, co zostali bohaterami.

images

Miałem dzisiaj pisać o czymś zupełnie innym. Przygotowywałem tekst o misjonarzach w związku z niedawną śmiercią ojca Stanisława Wyparło, który od ponad czterdziestu lat pracował w Labuan Bajo na Flores. Wczoraj jednak Hania – moja koleżanka, która również od lat mieszka na Bali, zaprosiła mnie na seans jednego z najbardziej zakazanych filmów w Indonezji – „The Act of Killing” – duńskiego dokumentu o katach wojskowej junty, która w 1965 roku wymordowała ponad milion ludzi na Sumatrze, Jawie i Bali. Filmu, po którym wciąż jeszcze nie mogę dojść do siebie. Nie dlatego, żebym dowiedział się czegoś nowego na temat bestialskiego ludobójstwa, od którego minęło już prawie pięćdziesiąt lat. Nie dlatego, że usłyszałem relacje ofiar i zobaczyłem zdjęcia bardziej okrutne niż te, które znam z Kambodży, Rwandy, czy Sudanu. Film jest tak wstrząsający ponieważ pokazuje niewyobrażalną zbrodnię w banalnej, wręcz kabaretowej konwencji przyjętej przez samych zbrodniarzy, których reżyserowi – Joshua Oppenheimer’owi udało się namówić do odtworzenia przed kamerami scen egzekucji i mordów, których własnoręcznie dokonywali. Przekonał ich aby z dumą opowiedzieli swoją historię, z najdrobniejszymi szczegółami, twierdząc, że chce zrobić o nich film. I choć trudno w to uwierzyć – dawni członkowie szwadronów śmierci dali się nabrać. Osobiście jednak najbardziej przeraził mnie brutalnie prawdziwy obraz indonezyjskiego społeczeństwa – otępiałego i zmanipulowanego, któremu morderców, gwałcicieli i zwyczajnych sadystów przedstawia się jako narodowych bohaterów i celebrytów brylujących w programach telewizyjnych, wywiadach, na politycznych wiecach i koncertach. A wszystko to po to, aby potomkowie ofiar i ci, którym udało się przeżyć, już zawsze żyli w strachu, sterrozyzowani obrazem śmiejących się, tańczących na scenie katów, których widzą w telewizji. Zbrodnia, której uparcie odmawia się nazwania po imieniu, miliony ofiar, które próbuje się wymazać ze zbiorowej pamięci, psychopatyczni mordercy, którzy nigdy nie zostali ukarani. Ich bezkarność, ostentacyjna obecność w życiu publicznym, bliskość z ludźmi będącymi dzisiaj na szczytach indonezyjskiej władzy jest wyraźnym sygnałem dla społeczeństwa, że głowy należy trzymać nisko, jak najniżej. Nic dziwnego, że Indonezyjczycy w zdecydowanej większości tolerują fantazyjną korupcję, kolesiostwo, skrajne nadużywanie władzy, nepotyzm i zwyczajny bandytyzm polityków i wszelakiej maści urzędników, zwłaszcza na prowincji, gdzie skupiają oni pełnię władzy.

Jest w filmie scena, gdzie dwóch eleganckich, starszych panów odgrywa przesłuchanie Chińczyka, któremu mają powiedzieć, że zostanie za chwilę zabity. Rzecz w tym, że ci starsi panowie, to faktycznie byli kaci z paramilitarnych szwadronów śmierci, a biorący udział w scenie młodszy mężczyzna jest synem Chińczyka, który naprawdę został zamordowany, najprawdopodobniej w identycznych okolicznościach pięćdziesiąt lat temu.  Człowiek ten ciągle mieszka w tej samej okolicy, w tym samym domu, z którego którejś nocy 1965 roku wyciągnięto siłą jego ojca. Teraz koszmar powraca, a on zostaje zmuszony do wzięcia udziału w „filmie.” Moment, w którym Chińczyk „odgrywa” ostatnie chwile własnego ojca, gdy błaga o przekazanie wiadomości swojej rodzinie lub możliwość pożegnania się, gdy wyje, ślini się i obsmarkuje ze strachu nie są udawane. W jego oczach widać autentyczne przerażenie, nawet gdy potem podaje możliwym opracom swojego ojca rękę i gratuluje „udanej sceny.” To jeden z trudniejszych momentów w filmie.

Anwar Congo i Herman Koto – jedni z głównych bohaterów „The Act of Killing.” Imiona i nazwiska są prawdziwe – to postacie szeroko i powrzechnie znane w Medan, na północnej Sumatrze. Jeden wygląda na dostojnego dziadka o krótkich, przypruszonych siwizną włosach, drugi na tępego idiotę o świńskich oczkach, w których widać zamiłowanie do przemocy. Anwar jest wysoki i szczupły, Herman gruby, spocony, obrzydliwie niesmaczny. Nazywają się „perman” – tak po idnonezyjsku nazywa się gangsterów. Ponoć słowo to wywodzi się od anglskiego „free man”, czyli wolnych ludzi. Perman to zatem wolny człowiek, któremu wszystko wolno i może zrobić lub zabrać co tylko chce. Tak tłumaczy to „dostojny dziadek” Anwar. Herman raczej nic nie tłumaczy – zajęty jest dłubaniem w zębach, pluciem i wydawaniem z siebie obrzydliwych odgłosów. W latach sześćdziesiątych byli zwykłymi, ulicznymi bandytami, najniższego szczebla, którzy żyli jako „koniki” pod lokalnym kinem w Medan. Nie lubili komunistów, bo ci żądali ograniczenia pokazywania amerykańskich filmów w kinach, a to mocno ograniczało im możliwość zarobku. Kiedy wreszcie doszło do antykomunistycznych czystek, drobni kryminaliści z radością przyjęli nominacje od wojskowej junty na liderów lokalnych szwadrnów śmierci. Każdy z nich własnymi rękoma zabił ponad tysiąc osób. Najczęściej dusząc ofiary żyłką lub specjlaną, zaprojektowaną przez Anwara garotą, ale mieli też bardziej kreatywne pomysły. Np. na „śpiewający stół” – ofierze kładziono nogę od stołu na gardle poczym siadało na nim coraz więcej osób śpiewających dla kurażu. Rzadziej bito pałkami bo ofiary za bardzo krwawiły i po dniu „pracy” zapach stawał się nie do wytrzymania. Czasami rozjeżdżali ofiary samochodami. Zrzucali z mostów. Topili. Anwar tłumaczy, że „ważne było aby nie popaść w rutynę.”

Co się stało w 1965 roku w Indonezji? Nikt nie wie na pewno. Faktem jest, że grupa „lewicujących” oficerów, która zorganizowała się pod nazwą „Grupy 30go Września” próbowała dokonać zamachu stanu. W wyniku puczu zginęło m.in. sześciu „prawicowych” generałów z najwyższego dowództwa. Sytuację opanował generał Suharto – późniejszy prezydent, który wyprowadził z koszar część podległych sobie wojsk i odbił kluczowe pozycje w Dżakarcie zajęte przez rebeliantów. Pucz upadł po niecałych dwóch dniach. O jego inspirację i polityczne poparcie oskarżono przywódzców PKI – Komunistycznej Partii Indonezji, która wówczas była największą partią polityczną w Indonezji i jedną z największych partii komunistycznych na świecie. Wprowadzono stan wyjątkowy, aresztowano liderów PKI, a samą partię zdelegalizowano. Wkrótce w całym kraju rozpoczęło się polowanie na komunistów, do których publiczną nienawiść podbudano specjalnie rozdmuchiwanymi plotkami o okrucieństwie komunistów oraz filmami propagandowymi. Na centralnej, a potem wschodniej Jawie, północnej Sumatrze i na Bali – czyli wszędzie tam, gdzie PKI była najsilniejsza, pojawiły się paramilitarne grupy złożone z przestępców i wojskowych, które mordowały każdego, na kogo padło podejrzenie o członkowstwo lub chociaż sprzyjanie komunistom. Mordowano też lewicujących intelektualistów i Chińczyków; całą akcję koordynowało wojsko i wywiad. Wiadomo na pewno, że szwadrony śmierci dysponowały dokładnymi listami osób, które były przeznaczone do zlikwidowania. W ciągu roku zginęło nawet do dwóch milionów ludzi – dokładne dane są nieznane. Na samej Bali zamordowano ok dwustu tysięcy osób. PKI została fizycznie wyeliminowana z politycznej sceny, komuniści, którym udało się przeżyć, albo uciekli za granicę, albo pozostali w ukryciu. W konsekwencji tych wydarzeń pierwszy prezydent Indonezji – Sukarno stracił władzę (został osadzony w areszcie domowym), a na kolejne trzydzieści trzy lata przejął ją gen. Suharto. Były to trzy dekady rządów żelaznej ręki, których przeciwnicy lub krytycy znikali wraz z całymi rodzinami. Oczywiście cała ta historia wygląda dużo ciekawiej, jeśli weźmie się pod uwagę Zimną Wojnę i zaangażowanie USA w regionie. Ale to już inna historia.

Kolejna scena z filmu, tym razem jesteśmy w studiu telewizyjnym. Wyobraźcie sobie że Anwar i Herman siedzą u Wojewódzkiego lub Drzyzgi. Światła, kamery, publiczność na żywo. „Panie Anwar” – mówi prowadząca program młoda dziewczyna – „jest Pan bohaterem walk z komunistami, a teraz jeszcze gwiazdą filmu o sobie samym!” Anwar uśmiecha się szeroko i dotyka palcami szerokiego, kowbojskiego kapelusza. Proszę opowiedzieć, gdzie szukał Pan inspiracji do zabijania komunistów? Ponoć wynalazł Pan jakiś sposób skuteczniejszego i mniej sadystycznego sposobu ich zabijania?” (To nie żart. To autentyczny cytat jednego z dialogów zarejestrowanego na żywo w indonezyjskiej telewizji). „Filmy gangsterskie” – odpowiada Anwar. Aplauz. Uśmiech. Kamera. Światła gasną.

Ale dokument się jeszcze nie kończy. Jest jeszcze scena, którą Anwar i Herman chcieli zakończyć „swój film.” Surrealistyczna scena w plenerach Sumatry z wodospadem w tle i tancerkami. Nagle przed tańczącym Anwarem staje dwóch drobnych Chińczyków w chłopskich kapeluszach. To duchy pomordowanych komunistów. Jeden z nich zawiesza mu na szyji wielki, złoty medal. Ściska mu rękę i mówi patrząc do kamery: Dziękuję Ci, że dokonałeś na mnie egzekucji i wysłałeś mnie do nieba. Po tysiąckroć dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś. Niech Bóg błogosławi bohaterskiego Anwara Congo i jego rodzinę!” Anwar potrząsa ze zrozumieniem głową, zamyka oczy i chwieje się w tańcu. Cięcie.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.