Nazywam się Adam Piotrowski.

Moją pasją jest…życie. W każdym jego aspekcie, życie uważam za przedmiot sztuki, za materiał do obróbki, tak, jak słowo jest materiałem dla pisarza, a kamień dla osoby zajmującej się rzeźbą. Przeczytałem niedawno u Emmanuela Carrere opinię o Polakach, że „potrafimy pięknie umierać, ale za sztuką życia ciągle jesteśmy na bakier” i mam ogromną ambicję swoim życiem zadać temu twierdzeniu kłam. Zajmuję się przeprowadzaniem i organizacją wypraw lądowych i morskich po Azji i Oceanii, co czyni mnie zapewne swego rodzaju „zawodowym podróżnikiem.” Dla mnie jednak to coś więcej niż praca, to relizacja najwcześniejszych, szczenięcych wręcz marzeń o dalekich podróżach, a przez to element uprawiania sztuki dobrego życia. Jestem też atropologiem kultury, dziennikarzem – amatorem, ale przede wszystkim oddanym miłosnikiem Azji, w której mieszkam na stałe od 2007 roku.

Podróżowaniem zaraziłem się poprzez książki Szklarskiego i Kapuścińskiego oraz Szczecińską Szkołę Pod Żaglami,

z którą wypływałem w dalekomorskie rejsy jeszcze jako nastolatek, m.in. na pokładzie legendarnego „Zawiszy”. Sprawiając sobie prezent na osiemnaste urodziny kupiłem bilet w jedną stronę na kolej transyberyjską i przejechałem przez całą Rosję, Syberię, Mongolię i sporą część Chin. Przyjmując 10 USD dziennie za nieprzekraczalny budżet wyprawy, miałem potem spore problemy z powrotem do domu. Jako współpracownik i korespondent Polskiego Radia słałem na antenę reportaże m.in. z Afganistanu, Kaszmiru, Pakistanu, Indii, południowych Filipin, Malezji, Indonezji i Nowej Gwinei. Kompilacja tych reportaży ukazała się w wydanej w 2006 roku książce „Świty o Zmierzchu.”

Po zakończeniu studiów kulturoznawczych spakowałem swoje polskie życie w 27 kartonów poupychanych do dziś w piwnicach różnych domów, sprzedałem założony wcześniej w Poznaniu klub i agencję koncertową i przeprowadziłem się na Bali. Dlaczego akurat tu? Ponieważ pokochałem Balijczyków i ich kulturę, którą badałem i opisywałem jeszcze podczas studiów, ponieważ zatrzymywałem się tu wielokrotnie podczas prywatnych i zawodowych podróży, ponieważ w końcu nauczyłem się kaleczyć bahasa indonesia na tyle, by być zrozumianym i znalazłem tu prawdziwych przyjaciół. Na „Wyspie Bogów” założyłem firmę, w której poza realizacją cudzych i własnych marzeń o wyprawach na koniec świata, najbardziej kocham fakt, że przed pójściem do biura mogę posiedzieć na plaży, albo nawet próbować łapać fale podczas surfingu. Jestem beznadziejnym surferem, ale na Bali nie surfować nie wypada.

Mimo rażącego braku sukcesów w sportach ekstremalnych, uważam się za bardzo szczęśliwego człowieka; uwielbiam swoje życie i codziennie uczę się być wdzięcznym za to, co mam. W ciągu ostatniej dekady dane mi było przemierzyć pół świata, poznać niezwykłych ludzi, docierać do najbardziej niebezpiecznych i niedostępnych miejsc na planecie, wychodzić cało z opresji, w których nigdy nie powinienem był się znajdować, przeżywać przygody, których scenariusz mogło napisać tylko życie, bo filmy i ludzka fantazja są na tym polu skazane na ubogie naśladownictwo. Zmagałem się z własną słabością w Himalajach, oblewałem się zimnym potem przed perspektywą spotkania z terrorystami na filipińskiej wyspie Basilian, testowałem broń produkowaną przez Pasztunów na pograniczu pakistańsko-afgańskim, odkrywałem pierwsze ślady człowieka w Afryce, wysłuchiwałem Korowajów w Papui Zachodniej, którzy opowiadali mu, dlaczego nie jest już dobrze jeść ludzkie mięso (rozumiałem doskonale, bo jestem wegetarianinem od 14 roku życia), spotkałem się z Dalajlamą i poznałem przemytników opium w północym Laosie, rozbijałem się po Azji prywatnym odrzutowcem z rosyjskim miliarderem, nurkowałem z mola mola, nanosiłem na prowizoryczne mapy bezludne wysepki podczas rejsów po wszystkich morzach między Pacyfikiem i Oceanem Indyjskim, obserwowałem na żywo erupcję wulkanu siedząc na jego krawędzi i tak dalej, i tak dalej…

Nie uznając końca świata w 2012 roku niecierpliwością czekam na to, co życie przyniesie mi po trzydziestych urodzinach (a to już wkrótce). Wiem o sobie jedno: po tak wielu latach spędzonych w Azji, stałem się z-Orient- owany, nastawiony na Orient, zakochany w Oriencie, rozumiejący orientalne kategorie myślenia, uwielbiający mówić o Oriencie i dzielić się tym, co w Oriencie odnalzłem. Serdecznie nie znoszę „podróżniczego celebryctwa”, nie uważam się za lepszego od innych i nie toleruję patrzenia na ludzi z góry. Dlatego też, jeśli kiedykolwiek na stronach poniższego bloga popadnę w samozachwyt i nadęty ton to kopnijcie mnie w tyłek  i sprowadzcie na ziemię.

Blog zORIENTowany.pl pisany jest z nadzieją, że może stać się dla kogoś inspiracją do podróży, do odkrywania świata i siebie samego wobec świata, lub po prostu służyć informacją i pomocą w planowanej wyprawie. Być może stanie się też paltformą wymiany poglądów, idei, zawiązywania nowych przyjaźni i planów wspólnych ekspedycji? Serdecznie Was zachęcam do subskrypcji bloga, do zostawiania komentarzy, zadawania pytań, siania fermentu, dzielenia się opiniami, zdjęciami i wysyłania maili na adres podany w zakładce „kontakt.”

Przyjemności!

MIEJSCA, KTÓRE ODWIEDZIŁEM

„Patrząc na mapę widzę konkretne miejsca, o których wiem, że jeśli do nich wrócę to zastanę tam ludzi, którzy ucieszą się na mój widok. Widzę wioskę, drogę ginącą w ryżowym poletku, osła uwiązanego do palika, gryzące się psy, bezzębną staruszę memlącą betel, mężczyznę sikającego w kucki, suszące się pranie. Czuję żywe zapachy, smaki, dźwięki, kolory. Wyczuwam pulsujące pod palcami życie; miliardy drobnych, upartych drgnięć, z których każde wyrywa się, aby opowiedzieć swoją historię.”
Adam Piotrowski; „Świty o Zmierzchu”

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.