Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

_68276006_singaporebeforeafter

„Nie czas żałować róż gdy płoną lasy” pisał Słowacki, chociaż obawiam się, że w Indonezji nikt o polskim wieszczu nie słyszał. A szkoda, bo w Indonezji właśnie płoną lasy, już trzeci dzień i na katastrofalną skalę. Indonezyjczycy jednak najwyraźniej nie przejmują się ani tysiącami hektarów równikowych lasów, ani symbolicznymi różami, ani orangutanami i innymi, endemicznymi gatunkami flory i fauny ginącymi w ogniu, ani nawet kilkudziesięcioma milionami mieszkańców Sumatry, Singapuru i Malezji, którzy zostali zaczadzeni trującym smogiem. Moja dziewczyna mieszkająca w Kuala Lumpur zadzwoniła dziś do mnie żaląc się, że mieście nie można wyjść na ulicę bez mokrego ręcznika na twarzy, a w sklepach maski gazowe i przeciwpyłowe zostały wyprzedane do ostatniej sztuki. Dym ponoć dostaje się do centrów handlowych i prywatnych domów, w których chronią się ludzie, coraz więcej jest przypadków zatruć i ludzi lądujących w szpitalach z objawami trudności z oddychaniem. W południowej części malezyjskiej stolicy jutro zamknięte będą szkoły i część biur. W Singapurze sytuacja jest jeszcze gorsza – lokalne władze zaapelowały do  mieszkańców o niewychodzenie z domów bez potrzeby, w południe widoczność w mieście spadła do kilku metrów, a wskaźnik zatrucia powietrza osiągnął krytyczny poziom 371 punktów – największy w historii kraju i skrajnie niebezpieczny dla zdrowia. Singapur jest sparaliżowany, podobnie jak Kuala Lumpur – obie stolice coraz agresywniej naciskają Dżkartę, aby indonezyjski rząd skuteczniej zaangażował się w walkę z gigantycznym ogniem. Dżakarta wysłała nad Sumatrę siedem wojskowych samolotów i konsekwentnie wini naturę – w zachodniej Indonezji zaczyna się właśnie najgorętsza część pory suchej i pożary lasów wybuchają co roku. Jeszcze nigdy jednak nie osiągnęły tak potężnych rozmiarów i nie truły w takim stopniu sąsiadów.

Napięcie między Malezją, Singapurem i Indonezją rośnie z godziny na godzinę, władze obrzucają się nawzajem oskarżeniami. Szybko okazało się, że lasy deszczowe na Sumatrze płoną na terenach posiadanych przez plantatorów palmy olejowej oraz producentów papieru. Stoją za nimi gigantyczne, międzynarodowe korporacje, w których blisko 80% inwestorów pochodzi właśnie z Malezji i Singapuru i Chin. Zdjęcia satelitarne z ostatnich trzech dni wyraźnie pokazują centra pożarów – są to obszary leśne, w których koncesję na wycinkę drzew oraz zakładanie nowych plantacji dostały indonezyjskie firmy bedące kontrahentami zagranicznych gigantów – PT Indah Kiat Pulp and Paper (IKPP) oraz Riau Andalan Pulp and Paper (RAPP). Co roku plantatorzy palmy olejowej decydują się na nielegalne wypalanie lasów na obszarach przyznanych im przez władze pod nowe plantacje, co jest dużo tańsze i szybsze niż kontrolowany wyrąb. Co roku też z tego powody wybuchają pożary, które jednak w ciągu ostatnich dni całkowicie wymknęły się spod kontroli. W lokalnych mediach oraz w internecie pojawiły się wywiady z pracownikami, a nawet członkami zarządów plantacji, narzekającymi na władze i właścicieli plantacji zmuszających podwykonawców do szukania oszczędności kosztem niszczenia środowiska. Nieoficjalnie mówi się o piętnastu obwodach na Sumatrze i ok milionie hekarów lasów deszczowych zagrożonych ogniem. To około 4% zasobów leśnych całej wyspy, na której w ciągu ostatnich trzydziestu lat wycięto połowę – łączne ponad dwanaście milionów hektarów pierwotnego lasu deszczowego. W zdecydowanej większości las został wycięty dla przemysłu papierniczego i pod plantacje palmy olejowej, które niosą ze sobą dodatkowe zagrożenie – w zastraszającym tempie wysuszają glebę, w ciągu kilku lat doprowadzając ją do całkowitego wyjałowienia. To jednej z najbardziej niszczycielskich dla środowiska przemysłów na świecie, który na terenie Azji Południowo Wschodniej jest wspierany i chroniony przez większość krajów, z Indonezją, Malezją i Singapurem na czele. Moi znajomi z Dżakarty zaczęli udostępniać na Facebooku następujący status: „Drodzy inwestorzy przemysłu olejowego z Singapuru, Malezji i Indonejzji – cieszmy się z trujących mgieł  naszych miastach razem. Pamiętajmy – im więcej mgły, tym więcej pieniędzy! Czujecie, jak wspaniale pachną pieniądze?”

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.