Maluki – Wyspy Korzenne.

IMG_0375

W archiwach Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej zachowały się dzienniki kapitana Nahaniela Courthope’a – barwnej, acz niemal zupełnie już zapomnianej postaci Epoki Wielkich Odkryć Geograficznych i tzw. „Wyścigu o Przyprawy” („Spice Race”, jak nazywają ten okres historyczny Anglicy), którego straczeńcza odwaga i szalony upór na setki lat stały się w Europie legendą. Znajdujemy w nich taki oto zapis:

Wyspę można poczuć, zanim jeszcze da się ją zobaczyć. Z odległości ponad dziesięciu mil w głąb morza, w powietrzu unosi się słodki zapach i na długo zanim groźny cień wulkanu strzegącego archipelagu pojawi się na horyzoncie, wiesz już, że jesteś niedaleko lądu.”

Było Boże Narodzenie 1616 roku. Po dziewięciu miesiącach skrajnie niebezpiecznej i wyczerpującej podróży z Europy, Courthope i załoga dowodzonych przez niego statków „Swan” i „Defence,” dotarli wreszcie do Rhun – najmniejszej z Wysp Banda; wówczas najbogatszych i najważniejszch z legendarnych Wysp Korzennych. Po drodze załogę dziesiątkowały dyzenteria i szkorbut, związane z fatalnym wyżywieniem i brakiem higieny na pokładzie, malaria przywleczona podczas postojów zaopatrzeniowych w Afryce, mordercze sztormy, arabscy i malajscy piraci, agresywni autochtoni oraz choroby weneryczne roznoszone przez kilka prostytutek zabranych w trasę, (które na statku wiozącym ponad setkę mężczyzn były ładunkiem równie ważnym, co zapasy żywności i prochu do armat.) Pięknie musiały pachnieć ludziom Courthope’a Wyspy Korzenne. Dla załogi XVII-wiecznego żaglowca klasy East Indiaman podróż wokół Afryki do Azji Południowo – Wschodniej upływała w permanentnym smrodzie: stęchlizny, potu, uryny, wilgoci, psującego się mięsa, ryb i kiszonej kapusty. „Indiamany” budowane były z myślą o transporcie jak największej ilości ładunku oraz armat mających tego ładunku bronić. Wygody załogi czy jakiekolwiek warunki higieniczne na pokładzie były ostatnią sprawą, którą zaprzątali sobie głowę budowniczowie statków z Amsterdamu czy Londynu. O nie, nie była to przyjemna podróż, nie była też bezpieczna. Była za to świetnie płatna, dlatego chętnych do pracy dla Brytyjskiej Kompani Wschodnioindyjskiej nie brakowało. Kapitan Courthope kazał rzucić kotwicę i zwołał załogę na pokład. Dopiero teraz mieli poznać prawdziwy cel wyprawy oraz sekretną misję, którą kapitanowi zlecił sam król Jakub I. Operację o znaczeniu tak wielkim, że ewentualne niepowodzenie miałoby nieodwracalne dla korony brytyjskiej konsekwencje. Załoga Courthope’a nie wiedziała jeszcze, że większość z nich do domu już nigdy nie wróci, a ich kapitan będzie próbował wykonać powierzone mu zadanie za najwyższą cenę. Któż z nich mógł wyobrazić sobie wówczas, że ta maleńka wysepka; ten łach piachu i skał o wymiarach 3 x 4 km, odmieni historię świata..?

Blisko czterysta lat później, mając już Banda na horyzonce, na próżno starałem się wyczuć w powietrzu zapach przypraw. Na pokładzie publicznego promu PELNI, płynącego całą noc z Ambon do Banda Neira, było tak brudno i tłoczno, że XVII-wieczne „Indiamany” wydawać by się mogły przy nim luksusowymi jachtami. Sterty walających się śmieci, wszechobecny odór moczu, goździkowych papierosów i chińskich „gorących kubków” nie dawał Wyspom Korzennym żadnych szans. Przy kantynie na rufie, w której przez całą noc można było śpiewać karaoke, a za parę tysięcy rupii, w osobnym pokoju pokazywano „blue movies” czyli stare filmy erotyczne w wersji soft, kręcił się młody chłopak w mundurze PELNI zbierający śmieci do plastykowego worka. Pochwaliłem go entuzjastycznie, mówiąc, że jest najlepszym członkiem z całej załogi i powinien dostać pochwałę od kapitana. Chłopak wyprężył się z dumy; wyglądał jak pogłaskany po głowie piesek merdający ogonkiem i stojący na tylnich łapkach w oczekiwaniu na nagrodę. Poczęstowałem go papierosem. Pięć minut później zobaczyłem go jak, z widocznym wysiłkiem, wyrzuca worek ze śmieciami za burtę. Z dolnego pokładu poleciały za nim trzy następne. W brudnej pianie ciągnącej się za płynącym promem prawie nie było ich widać. „Ocean jest wielki” – skomentował to facet siedzący obok mnie na relingu – „Nie ma problemu.” Zrozpaczony przeszedłem na dziób, skąd dobrze było już widać rosnący masyw wulkanu Gunung Api. W naszą stronę wypłynęła flotylla małych łódek rybackich wypływających o świcie na codzienny połów. Prom zaryczał syreną na znak, że będziemy wchodzić do portu, budząc tym samym dziesiątki rozłożonych na pokładzie ciał zawiniętych w sarongi. Po chwili minęliśmy mały cypel z latarnią, a po lewej burcie z dżungli wyrosły potężne mury holenderskiego Fortu Belgica, z których wciąż celowały w nas działa, od setek lat broniące dostępu do portu. Courthope i jego ludzie nie mogli nigdy zobaczyć tego widoku – ich statki zakradły się do Banda od najeżonej rafami zachodniej strony archipelagu, aby pozostać poza zasięgiem niszczycielskiej kanonady. My jednak witani byliśmy przez całą, kilkutysięczną populację wyspy, dla której przybycie promu, kilka razy w miesiącu, oznacza wyrwanie się z leniwego letargu na krańcu świata.

Wyspy Korzenne czyli Maluki to niewielki archipelag w północno – wschodnich „Indiach Wschodnich,” (jak XVII-wieczni Europejczycy nazywali tereny dzisiejszej Malezji i Indonezji) wciśnięty pomiędzy Celebes i Nową Gwineę. Banda są najmniejszą i najbardziej wyizolowaną grupą wysp ze wszystkich Wysp Korzennych – znajdują się jakieś 140 km na południowy – zachód od Seram i Ambon; głównych wysp archipelagu. (Spróbujcie znaleźć je na mapie: 4.56°S, 129,9°E.) W Europie XVI i XVII wieku wyspy te stanowiły jednak prawdziwą legendę rozbudzającą u europejskich kupców chorobliwą gorączkę, a u władców rodzących się potęg kolonialnych niespokojnie, mokre sny o podboju, niepodzielnym panowaniu i nieograniczonym bogactwie. Oczywiście nie chodziło o same wyspy, ale o to, co można było na nich znaleźć, a był to najcenniejszy towar ówczesnego świata, którego wartość była nawet większa od złota. Przyprawy. A konkretnie gałka muszkatałowa i goździki, które wówczas nie rosły nigdzie indziej na świecie. O ile goździki można znaleźć było na kilku dużych wyspach: Ambon, Halmahera, Ternate, Tidore, tak gałka muszkatałowa uprawiana była tylko na tych siedmiu maleńskich wysepkach otoczonych oceanem, których dokładnego położenia nie byli pewni nawet kupcy z Malakki czy Jawy. Obie przyprawy były znane w Europie już w Średniowieczu, do której docierały karawanami wraz z chińskim jedwabiem, arabską kawą i afrykańską kością słoniową. Już wówczas jednak był to towar niezwykle rzadki i bardzo kosztowny, co wiązało się z kosztami transportu oraz ilością pośredników, przez których ręce przyprawy przechodziły w drodze do Europy. Każdy nakładał swoją marżę, tak więc gdy towar docierał do Wenecji – wówczas głównego ośrodka handlowego łączącego Europę ze światem arabskim i Orientem – jego cena była już 1000% wyższa od tej, którą płacono na Wyspach Korzennych. Początkowo przyprawy tylko w znikomym stopniu znajdowały zastosowanie w kuchnii; wyrabiano z nich wonne oleje, a także ceniono sobie ich działanie lecznicze oraz skuteczność w…konserwowaniu żywności. Nic tak dobrze nie maskowało zapachu psującego się mięsa niż nafaszerowanie go goździkami. Przełom nastąpił po kolejnych epidemiach dżumy (epidemia w latach 1348-1352 w niektórych regionach Europy zmniejszyła populację o 80%!), gdy europejscy medycy uznali gałkę muszkatałową za jedyne sprawdzone lekarstwo na czarną śmierć. Symbolem dżumy stał się charakterystyczny ubiór ochronny noszony w XVI – XVIII w. przez lekarzy w czasie epidemii, z maską w kształcie dzioba, gdzie wkładano wonne olejki z muskatu tłumiące fetor rozkładających się zwłok i mające chronić przed zarażeniem. Popyt na gałkę muszkatałową i goździki stał się niezaspokajalny, ich ceny na europejskich rynkach poszybowały w górę, a zyski weneckich kupców, którzy od 400 lat posiadali monopol na kupno przypraw z Konstantynopola biły kolejne rekordy. Przełamanie tego monopolu i odkrycie bezpośredniego źródła zaopatrzenia w przyprawy stały się zasadniczą kwestią dla większości europejskich dworów i jedną z bezpośrednich przyczyn wejścia Europy w Epokę Wielkich Odkryć Geograficznych. Rzecz w tym, że w XV-wiecznej Europie prakycznie nikt nie wiedział gdzie szukać legendarnych Wysp Korzennych, a kolejne wyprawy europejskich odkrywców wyruszały we wszystkich możliwych kierunkach świata, w oparciu o nieadekwatne mapy i dość fantazyjne wyobrażenie o geografii planety. To fascynujący temat, który nadaje się na osobny artykuł – z ciekawszych epizodów wymienić można wyprawę niejakiego Williama Barentsa, który w 1553 roku próbował przepłynąć do Indonezji przez biegun północny, co skończyło się długim marszem do domu przez Syberię, albo weneckiego odkrywcę Jana Cabota, który utknął na wschodnim wybrzeżu dzisiejszej Kanady. Rozpoczął się „Wyścig o Przyprawy”, poszukiwanie najkrótszej drogi do Indii, dzięki czemu Kolumb odkrył Amerykę, Magellan opłynął świat dookoła a Vasco da Gama odkrył drogę wokół Przylądka Dobrej Nadziei i stworzył pierwszy, morski szlak handlowy między Europą a Azją. I choć mieszkańcy Banda nie mieli o tym zielonego pojęcia – desperackie poszukiwania ich wysp miały sprawić, że cały świat zmieni się nie do poznania.

Jako pierwsi Europejczycy na Banda dotarli Portugalczycy. Po zajęciu Malakki w 1511 roku zmusili malajskich żeglarzy do wskazania im drogi przez Jawę i Wyspy Sundyjskie do legendarnych Wysp Korzennych. Początkowo Bandajczycy życzliwie przyjęli nowych kupców, dopóki Portugalczycy nie próbowali zmuszać ich do przechodzenia na chrześcijaństwo, dyktować cen sprzedaży oraz budować fortu, który mógłby zapewnić im kontrolę nad wyspą. Portugalska załoga została wygnana, a Bandajczycy z coraz większą nieufnością spoglądali na europejskie żagle pojawiąjące się na horyzoncie. Pod koniec XVI wieku na Banda dotarła ekspedycja Holendrów, którzy – jak szybko się okazało – nie zamierzali z Bana nigdy odchodzić. Wbrew oporom mieszkańców, na głównej wyspie Banda Neira Holendrzy wybudowali potężny, kamienny fort Belgica, który kontrolował wyszystkie wejścia do jedynego portu. Wkrótce też Bandajczycy zmuszeni zostali uznać holenderski monopol na skup gałki muszkatałowej, a sprzedawanie jej komukolwiek innemu zostało surowo zakazane. W tamtym czasie, podobnie zresztą jak dzisiaj, mieszkańcami Banda rządzili szefowie klanów, tzw. orang kaja (dosł. „bogaci ludzie”), do których należały poszczególne plantacje i od których uzależnione były zbiory. Kilkukrotnie spiskowali oni przeciw dominacji Holendrów, a raz urządzili nawet zasadzkę i zabili kilkudziesięciu kupców i żółnierzy.  W 1621 roku Jan Pieterszen Coen, generaly gubernator VOC – Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i założyciel jawajskiego miasta Batavia, które dziś nazywa się Dżakarta – powrócił na Banda na czele potężnej floty statków wojennych i kilkutysięcznego kontyngentu dobrze uzbrojonych żołnierzy. Za pomocą japońskich najemników zmasakrował ponad 1000 mieszkańców wyspy (jakieś 20% ówczesnej populacji), a głowy i kończyny 40 orang kaja i ich najstarszych synów kazał zatknąć na wysokie, bambusowe tyczki, ku przestrodze dla innych. Wkrótce większość oryginalnych mieszkańców wysp zostało sprzedanych w niewolę, a na Banda zaczęli ściągać „perkeniers” – biali osadnicy, którym VOC nadało ziemię pod uprawę gałki muszkatałowej. Tak rozpoczął się pierwszy rozdział holenderskiej kolonizacji „Indii Wschodnich.”

Gdy Courhope dotarł na Banda, orang kaja jeszcze żyli, ale holednerska dominacja na wyspach Korzennych była niezaprzeczalna. Historie o brutalności Holendrów oraz ich przebiegłości w braniu kolejnych wysp „pod opiekę” VOC wracały do Europy wraz z kolejnymi statkami kupicekimi i budziły powrzechne oburzenie. Rzecz jasna, w Londynie, Lizbonie i Madrycie oburzano się nie tyle traktowaniem lokalnej ludności, co bardziej niezaprzeczalnym próbom zmonopolizowania przez Holendrów handlem przyprawami. Na początku XVII wieku w Londynie za 10 funtów (ok 4,5 kilograma) gałki muszkatałowej płacono ok 2,1 funta szterlinga, podczas gdy na Banda płacono za tą samą ilość niecałego pensa. Zysk z handlu muskatem wynosił zatem ponad 60000%, co czyniło zeń jeden z najbardziej dochodowych biznesów w historii! Misja kapitana Courthope’a była prosta: wywiesić brytyjską flagę nad którąkolwiek z Wysp Banda, przekonać jej mieszkańców, żeby „oddali się w opiekę” króla Anglii i złamać monopol Holendrów na produkcję gałki muszkatałowej. Courthope był jednak w wyjątkowo trudnej sytuacji. Do dyspozycji miał dwa statki – 400-stu tonowy „Swan” i 300-stu tonowy „Defense”, 42 armaty, 67 ludzi oraz kilkunastu lokalnych przewodników zabranych po drodze z Jawy. Niecałe 15 kilometrów na wschód czekała flota 11 holenderskich statków, potężny fort Belgica z załogą liczącą ponad 700 osób oraz zapasami żywności, broni i rozbudowaną infrastrukturą. Kapitan wiedział, że w razie bezpośredniej konfrontacji nie miałby najmniejszych szans; planowanie czegokolwiek przeciwko Holendrom było czystym szlaństwem. Courthope miał jednak opinię obłąkanego wariata, który nie cofnie się przed niczym.

Z siedmiu wysp Banda, tylko dwie – Run i Ai nie były jeszcze pod kontrolą Holendrów. O ile pozostałe wyspy archipelagu skupione wokół Banda Neira, położone były od siebie w odległości strzału z pistoletu, tak Run i Ai leżały o kilka godzin żeglugi na zachód, do tego otoczone były niebezpiecznymi rafami. Obie wyspy zamieszkane były przez ledwie kilkaset osób, które doskonale wiedziały jednak co ich czeka pod panowaniem Holendrów, dlatego dość skwapliwie przyjęli dary od Courthope’a i uznali się za wasali angielskiego króla. Kiedy rok później wieść o tym dotarła do Londynu, Jakub I Stuart tak się uradował, że zmienił swój oficicjalny tutuł na króla Angli, Szkocji, Francji, Irlandii i…Run. Wyspa stała się formalnie pierwszą brytyjską kolonią w Azji. Utrzymanie jej było jednak trudniejsze niż jej zdobycie. Mimo, że Courthope i jego ludzie wybudowali praktycznie niemożliwe do zdobycia forty na samym Run oraz kamienistej wydmie zwanej Nailaka oraz udało im się uruchomić plantację gałki muszkatałowej – szybko okazało się, że Anglicy znaleźli się w pułapce. Na obu wyspach nie było źródła słodkiej wody (zdani byli tylko na deszczówkę), możliwości zdobycia świeżej żywności były mocno ograniczone, a do tego Holendrzy całkowicie zablokowali archipelag i przejmowalali niemal każdy statek, który próbował handlować z Anglikami. Ludzie chorowali z nudów i fatalnej diety. Gdy zdesperowany Courthope wysłał jeden ze swoich statków – „Swan” na Ambon z misją uzupełnienia prowizji, statek i cała załoga wpadli w ręce Holendrów, którzy na długie lata zamknęli ich ich w lochach Fortu Belgica. Na domiar złego, kilka miesięcy później ktoś odciął pod osłoną nocy cumy „Defence” i statek podryfował w kierunku Banda Besar, gdzie również przejęli go żołnierze Pieterszona. Courthope i załoga 39 Anglików zostali całkowicie odcięci od świata. Holendrzy kilkukrotnie atakowali Run, jednak ostre rafy, wysokie klify, kamienne fortyfikacje i ogień z 20 armat stanowiły zaporę nie do pokonania, a Holendrzy za każdym razem tracili wielu ludzi. Coen złożył Courthope’owi propozycję nie do odrzucenia:  jeśli Aglicy zgodzą się opuścić Run i Banda, Holendrzy oddadzą im dwa naprawione statki i wypuszczą wszystkih jeńców. Courthope odmówił licząc, że wkrótce nadejdzie pomoc z kraju. Faktycznie, w kwietniu 1618 roku z Indii przypłynęły trzy angielskie statki pod dowództwem Sir Thomasa Dale (ciekawostka – to on przywiózł do Londynu historyczną Pocahontas). Holenderska flota zaatakowała je jednak natychmiast, a Dale stracił jeden statek i musiał ratować się ucieczką aż na Jawę. Courthope i jego ludzie zostali zupełnie sami. Wkrótce z Anglii dotarła na Run wiadomość od dyrektorów Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej zezwalająca Courthope’owi przyjęcie oferty Coena, kapitulacji i powrotu do kraju, gdzie miał być sowicie wynagrodzony. Courthope odmówił. W nocy 26 października 1620 roku holenderski żołnierz patrolujący wybrzeże wyspy Lonthor wypatrzył niewielką łódkę z trzyosobową załogą, która próbowała niepostrzeżenie odpłynąć w kierunku Nailaka. Holendrzy rzucili się w pościg i zaczęli strzelać z muszkietów. Courthope, który wracał z sekretnego spotkania ze starszyzną wyspy, których próbował namówić do powstania przeciw Holendrom, został postrzelony i wpadł do wody. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Po śmierci kapitana reszta brytyjskiej załogi na Run poddała się. Łącznie opór tej garstki ludzi okopanych na skalistej wysepce na końcu świata, przeciwko kilkadziesiąt razy liczniejszym siłom wroga, trwał 1540 dni. Odwaga i upór Courthope’s stały się w Europie legendą, a informacja o jego śmierci wprawiła Anglików we wściekłość. Konflikt między Holandią a Anglią przerodził się wkrótce w całą serię wojen, podczas których Anglicy atakowali także holenderkie posiadłości w obu Amerykach. W 1667 roku oba kraje podpisały traktat pokojowy w Bredzie, którego jednym z punktów było formalne oddanie zwierzchnictwa nad Run Holendrom. W zamian Holendrzy oddali Anglikom inną wyspę wraz z osadą, którą nazwali Nowy Amsterdam. Wyspa ta nazywa się Manhattan, a osadę Anglicy przemianowali na Nowy Jork…

W Banda Neira, niewielkim miasteczku ukrytym w cieniu wulkanu Gunung Api, mieszka dziś około 15000 ludzi. Przystań, maleńskie lądowisko dla awionetek, dwie przecinające się ulice i promenada, którą całą wyspę można obejść dookoła podczas godzinnego spaceru. Muru Fortu Belgica wciąż górują nad miastem, wiatr hula po pustych basztach strażnic i kamiennym placu w kształcie pięcioboku obłożonego armatami. W cieniu pod murem siedzi facet i wykłada na gazetę kolekcję drobnych skrbów na sprzedaż. Za ok 50 PLN można u niego kupić np. oryginalną brązową monetę bitą przez VOC z 1764 roku lub skamieniałą ze starości kulę do muszkietu. Później, podczas mojej kolejnej wizyty na Banda, gdy przypłynąłem tam prywatnym jachem, ten sam człowiek będzie usiłował sprzedać mi całą, XIX –wieczną armatę! W całym Banda Neira ponad połowa domów liczy sobie ponad 300 lat i więcej. Jada się w nich na porcelanowych zastawach z początku ubiegłego wieku i przechowuje srebne sztućce z okresu kolonialnego. Centrum wyspy wciąż wyznacza okazała siedziba gubernatora z prywatną przystanią, placem defiladowym i pomnikiem króla, aż białym od ptasich odchodów. Tuż obok jest stare więzienie, w którym Holendrzy przetrzymywali więźniów politycznych i indonezyjskich bojowników o wolność. Cały archipelag funkcjonował jak więzienie – z Banda wszędzie jest tak daleko, że kto raz został tu zesłany, bez porządnego statku nie mógł uciec.  Większość życia spędził tu np. Mohamed Hatta – pierwszy wiceprezydent Indonezji i jeden z jej „ojców – założycieli.” Na sąsiedniej Banda Besar wciąż znajdują się największe plantacje gałki muszkatałowej. Drzewka rodzące piękne, czerwone owoce, które zbiera się za pomocą specjalnych „łapek” potrzebują cienia, więc sadzi się je więc pomiędzy rozłożystymi migdałowcami. Gałka muszkatałowa nie jest już tak w cenie jak przed wiekami – Brytyjczycy zdążyli rozwieść jej sadzonki po całym świecie i Banda utraciła swój dochodowy monopol. Plantatorzy z Banda sprzedają większość swoich zbiorów państwowej agencji, która reguluje cenę. Jednak największym dziś kupcem gałki muszkatałowej na świecie jest… Coca Cola, której specyficzny smak zawdzięczacie właśnie muskatowi. Koncern skupuje blisko połowę światowej produkcji. Po całym archipelagu rozsiane są stare cmentarze z rodowymi grobowcami „perkeniers” – holenderkisch osadników. Najstarszy nagrobek ma na sobie datę 1611. Ostatni perkenier zginął w 1998 roku, zabity podczas zamieszek na tle religijnym, jakie ogarnęły całe Maluki. Potem na Banda długo nie widziano białych twarzy, aż wreszcie w latach 2000 na archilepag zaczęli docierać nieliczni turyści, którzy szybko odkryli, że Banda to prawdziwe rajskie wyspy. Wspaniałe plaże, fantastyczne nurkowanie, podczas którego często widać rekiny młoty, a nawet rekiny wielorybie, przepękna rafa koralowa i całe mnóstwo historycznych zbytków sprawiają, że Wyspy Banda to jedno z najciekawszych, choć wciąż jeszcze trudno dostępnych, zakątków Indonezji.

Tymczasem na Run fort Courthope’a zarosły drzewa, a na wewnętrznym placu pokrytym grubą warstwą ziemi ktoś zasadził warzywa. Na piaszczystym wybrzeżu znajduje się jedyna na wyspie wioska, w której mieszka kilkadziesiąt rodzin utrzymujących się głównie z rybołóstwa i pracy na plantacjach przypraw. Na długim molo siedzi starsza kobieta handlująca rybami, zagaduję do niej, czy słyszała kiedyś o miejscu zwanym Manhattan? Nie słyszała, na ten temat nic nie wie. Ale ma za to an sprzedaż kilka słoików dżemu z głaki muszkatałowej – może chcę kupić? Pyszny dżem o smaku Coca Coli….

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.