Moja przyjaciółka malaria; jej koleżanki i koledzy.

163043_1762805238393_7582433_n

To była pracowita końcówka roku 2010. We wrześniu leciałem do Indii, aby zrealizować firmową imprezę na Goa i w Rajasthanie, w październiku wypłynąłem w nurkowy rejs po Alor, zaraz potem poprowadziłem trzytygodniową wyprawę na Papui, a w listopadzie – dosłownie po jednej nocy spędzonej w domu na Bali – byłem już w samolocie do Kambodży, gdzie czekała na mnie kolejna grupa. Trzy miesiące w biegu, z lotniska na lotnisko, z plecakiem na plecach, pod żaglami, w dżungli i na pustyni; trzy miesiące podczas których nie miałem czasu na nic, a już na pewno nie na to, aby pomyśleć o sobie. Pech chciał, że po powrocie z Alor minąłem się ze znajomym, który miał mi przywieźć tabletki antymalaryczne z Singapuru i ostatecznie na Papuę poleciałem uzbrojony tylko w lokalne psikadła i maści, których producenci najwidoczniej założyli, że komary da się odstraszyć za pomocą smrodliwego aromatu kamfory. Cóż, nie da się. Podczas wyprawy niemal cały czas lało, przez ponad tydzień brodziliśmy po bagnach, a komary – których w dżungli zawsze jest nieprawdopodobna wręcz ilość – tym razem niemal pożarły nas żywcem. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

             Pierwszy atak zaczął się od nagłego zawrotu głowy, totalnej słabości, która ugina kolana i odbiera oddech. W Kambodży w listopadzie jest gorąco jak w piekle, a nagle zrobiło się bardzo, bardzo zimno. Trwało to dosłownie kilka sekund – nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, zdanie przerwane w połowie, karuzela kolorów przed oczyma. Tego dnia nie spałem już drugą, albo trzecią dobę, więc nie zwróciłem na to większej uwagi. Następnego ranka obudziłem się wysuszony, niczym po całonocnej imprezie i z dokuczliwym bólem mięśni w dolnej części pleców. Uderzył we mnie taran? Co się dzieje? Nie było czasu na zastanawianie się – prowadziłem grupę kilkudziesięciu osób, klient był ważny i wymagający, a podczas całego projektu mieliśmy sporo problemów. Z samego rana wylatywaliśmy do Wietnamu, nie dotarły jakieś promesy, kogoś nie chcieli wpuścić do samolotu, ktoś zostawił paszport w hotelu, ktoś inny się upił i postanowił wykazać się ułańską fantazją częstując wódką obsługę lotniska. Drugi atak nastąpił w momencie w którym mierzyłem się wściekłym wzrokiem z khmerskim urzędnikiem, gdy wpatrywałem się w jego leniwą, nalaną twarz, która wyrażała tylko jedno: rozbawienie z mojej bezsilności i chęć przyjęcia w łapę. Nagle zrobiło mi się tak źle, że mało nie poczęstowałem go pawiem, ledwo co nie obrzygałem jego pagonów, oliwkowego munduru i wypastowanych butów. To nie pomogłoby raczej załatwić sprawy. Zakryłem usta ręką i biegiem puściłem się w poszukiwaniu toalety. Dramat. Leciało ze mnie górą i dołem, cały się trząsłem, czułem się, jakby mi ktoś nawijał wnętrzności na kijek. Komórka chrypła od dzwonienia – na lini Warszawa, na linii Hanoi, hotel w Sien Reap, agent wizowy – wszyscy na raz. Nie było dobrze. Na zewnątrz, w hali odlotów pan Heniek lub Tadzik – zawsze jest jakiś pan Heniek lub Tadzik – pląsał w tłumie podróżnych z butelką wódki i zapraszał przypadkowe panie do tańca. A jednak udało się – zdobyłem brakujące dokumenty, niezgadzające się nazwiska załatwiłem łapówką i żąglerką paszportami, nietrzeźwych przeprowadziłem przez bramki i doprowadziłem do samolotu. Lecieliśmy do Wietnamu, nikt nie zauważył żadnych komplikacji. Ani tego, że w samolocie straciłem na chwilę przytomność.

            Kolejne ataki były coraz silniejsze. Zimne dreszcze na przemian z falami gorąca, ból mięśni, wymioty, słabość, zawroty głowy, które powalały z nóg. Zostały jeszcze trzy dni do końca wyjazdu, program był bardzo napięty i nie było możliwości ściągnięcia zastępstwa. Ostatniego dnia, podczas uroczystej kolacji wymknąłem się z hotelu i podjechałem taksówką do najbliższego szpitala. W tym miejscu od razu podzielę się z Wami praktyczną radą: jeśli nie macie naprawdę noża na gardle to unikajcie międzynarodowych szpitali spod znaku SOS International. Zanim ktokolwiek zainteresował się moim podejrzeniem, że mam malarię i choruję już conajmniej od tygodnia, zostałem szczegółowo wypytany o rodzaj mojego ubezpieczenia oraz zmuszony do podpisania – przed wykonaniem badania i otrzymaniem wyników – rachunku na bagatela: siedemset dolarów. Oby im się to kiedyś czkawką odbiło. Co ciekawe, następnego dnia test na malarię okazał się negatywny. Odetchnąłem z ulgą, odstawiłem grupę na lot powrotny do Polski i polecialem z powrotem do Kambodży na zasłużone wakacje. Najwyraźniej przemęczony organizm po prostu odmówił posłuszeństwa…plaża i święty spokój – oto czego mi potrzeba!

            Moje wakacje w Kambodży nie trwały nawet dwóch dni. Rankiem, kiedy z moimi przyjaciółmi mieliśmy jechać do Sihanoukville miałem czterdzieści stopni gorączki i dreszcze. Jeśli to nie malaria to co? – zastanawiałem się. Postanowiłem już jednak nie oddawać się w ręce kolejnych szpitali i wracać do domu, na Bali. Musiałem wyglądać naprawdę kiepsko, bo w poczekalni w hali odlotów ludzie zerkali na mnie podejrzliwie i wręcz przesiadali się na dalsze fotele. Przesiadkę miałem w Kuala Lumpur, gdzie przed wejściem do bramek imigracyjnych zainstalowano kamery termoaktywne. W 2010 roku w Azji Południowo -Wschodniej szalała ptasia grypa i Malajowie wyłapywali podejrzanie rozgorączkowanych osobników już na lotnisku. Kwarantanna była ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę, więc niemalże przeczołgałem się po podłodze, aby uniknąć zatrzymania. Jeszcze tej samej nocy wylądowałem w szpitalu w Denpasar na Bali. Chyba jeszcze niegdy wcześniej nie utoczono ze mnie tyle krwi do badań.

            Rano radosna pielęgniarka i jeszcze radośniejszy lekarz obudzili mnie z moimi wynikami. Malarii nie znaleźli, okazało się natomiast, że miałem dengue (odmiana krwawej gorączki) oraz tyfus. Pierwsze roznoszą komary, drugie świństwo złapałem najprawdopodobniej poprzez wycieńczenie organizmu. Wyrok: 10 dni w szpitalu, kroplówka, odpoczynek. Mogło być gorzej. Lekarz – młody człowiek imieniem Wayan (oczywiście – kto kiedykolwiek był na Bali, ten wie dlaczego, a tym którzy nie byli wyjaśnię to przy innej okazji), wpadał do mnie codziennie na pogaduszki i żeby podpypać jak się czuję. Gorzko to odczułem podczas wypisywania się ze szpitala, gdyż na rachunku, jego towarzyskie wizyty okazały się profesjonalnymi “konsultacjami,” za które przyszło mi zapłacić siedemdziesiąt dolarów za każdą. Teoretycznie byłem jednak zdrowy – było mi lżej na duszy i jeszcze lżej w portfelu. Była połowa grudnia, czas było lecieć do Polski na święta.

            Dwa dni później w Singapurze, Lufthansa oznajmiła, że zepsuł się samolotot i dzisiaj nigdzie nie polecimy. Następnego dnia wpuszczono nas co prawda do samolotu, jednak podczas startu okazało się, że usterka nie została naprawiona. Kolejnego dnia to samo. I tak, podczas trzydniowego oczekiwania na wylot w singapurskim Sheratonie, poczułem nagle znajome dreszcze… Czyżby jednak nie koniec? Lekarz na Bali uprzedzał, co prawda, że mogę mieć nawroty objawów, ale singapurski atak był niepokojąco silny. W samolocie do Frankfurtu rzucało mną już tak mocno, że facet siedzący obok zarządał od stewardesy, żeby go przesadziła. Nie czułem się najlepiej, to fakt. Poczułem się jeszcze gorzej, gdy we Frankfurcie okazało się, że zaatakowała zima, na lotnisku utknęło siedemdziesiąt tysięcy ludzi i wszystkie loty zostały odwołane. Gorączkujący, wymęczony i wstrząsany torsjami miotałem się po lotnisku pełnym wściekłych ludzi usiłując dostać się na jakikolwiek samolot do Polski. Oczywiście biegałem w klapkach i podkoszulku, gdyż w tym chaosie nikomu z mojego lotu nie udało się odnaleźć swojego bagażu. Raz, po odstaniu w kolejce dwóch godzin, byłem już blisko stanowiska obsługi pasażerów (te zresztą nie miały do zaoferowania nic, poza listami oczekujących), ale niestety nagły atak biegunkowo-wymiotny zmusił mnie do sprintu w kierunku toalet i moja kolejka przepadła. Na kolejny samolot się spóźniłem, bo kilka tysięcy osób utknęło na kontroli bezpieczeństwa. Do Poznania udało mi się dotrzeć 23 grudnia wieczorem. Samopoczucie zepsuło mi się już do końca, gdy okazało się, że mój bagaż definitywnie zaginął i nikt nie był wstanie określić kiedy będzie go można odzyskać. Powiało polską uprzejmością (“Panie, co se Pan myślisz, że jesteś Pan wyjątkowy??! Tam jest kilkadziesiąt tysięcy zagubionych bagaży, jak się znajdzie to zadzwonimy!”). Zadzwonili. Po dwóch miesiącach.

            Minęły święta. Siła i jakość polskiego jadła okazała się na tyle skuteczna, że wszystkie objawy chorobowe ustały. Podejrzewam, że moja mama postanowiła po prostu zapchać choróbsko pierogami, grochem z kapustą, kutią i ciastami. Jakiekolwiek kilogramy straciłem w papuaskiej dżungli – w ciągu kilku dni odzyskałem je z nawiązką. A później był huczny Sylwester i… znowu straciłem przytomność. Wylądowałem na Odziale Chorób Tropikalnych w Poznaniu. Profesjonalny personel, szybkie badania i wynik. Malaria. Nie jedna. Dwie malarie. Wątrobowa (najpopularniejsza) i mózgowa (najniebezpieczniejsza). Przechodziłem z nimi ponad sześć tygodni - lekarze nie mogli się nadziwić, że przeżyłem tyle ataków. Bo ta mózgowa odmiana potrafi zabić po dwóch, trzech atakach. W szpitalu spędziłem dwa tygodnie – cokolwiek by się nie mówiło o polskiej Służbie Zdrowia – ci ludzie uratowali mi zdrowie, a może i życie. Z tego miejsca serdecznie im za to dziękuję. Jak to możliwe, że lekarze na Bali nie wykryli malarii? W bardzo prosty sposób – zrobili test na denguę w pierwszej kolejności i gdy ten okazał się pozytywny, nie szukali już dalej. Z tego miejsca (nie)serdecznie ich pozdrawiam. Okazało się zatem, że chorowałem na cztery rzeczy jednocześnie: denguę, tyfus i dwie malarie. Dość imponujący wynik.

            W poznańskim szpitalu nie obyło się też bez dodatkowych emocji. Jeden z profesorów, od lat badających malarię, był zwolennikiem teorii, że istnieje ponoć piąty rodzaj wirusa (oficjalnie istnieją tylko cztery odmiany malarii), który występować ma…na Nowej Gwinei. Wyobrażacie sobie jego entuzjazm, gdy o trzeciej nad ranem poinformowano go, że przywieźli delikwenta z malarią, który właśnie wrócił z Nowej Gwinei? Poczciwy profesor niemalże klaskał dłonie z podekscytowania. Niestety, okazało się, że nie przywiozłem z sobą nic nowego. Może następnym razem….

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.