Kanibalizm. Z czym to się je?

korowajowie_spotkanie klanów_papua zachodnia.jpg

Jesienią 1998 roku, niedaleko maleńskiej wioski Anggkruk w górach Jayawijaya, dokonano ostatniego, udokumentowanego aktu kanibalizmu na Europejczyku na terenie Papui Zachodniej. Ofiarą był belgijski, zdaje się, misjonarz, który ostatnie lata swojego życia spędził krzewiąc protestantyzm pośród górskiego plemienia Yali, skądinąd cieszącego się dość paskudną sławą pośród sąsiadów z Doliny Baliem. W 1998 roku cała Indonezja stała w ogniu, a Papua była jedną z najbardziej zbutnowanych prowincji – lokalne władze miały wówczas na głowie zdecydowanie większe problemy niż jeden zaginiony misjonarz. Oficjalne dochodzenie przeprowdzono dopiero dwa lata później, gdy ponure plotki dotarły do wojskowych władz w Wamenie.

Zabójca – mężczyzna imieniem Herdit – tłumaczył później, że zabił i zjadł misjonarza… z miłości. Misjonarz bowiem planował opuścić ten teren i przenieść się do innego plemienia, a zatem w jaki inny sposób lokalna społeczność mogła zachować wiedzę i umiejętności dobrego pastora? Herdit zjadł mózg i serce misjonarza, a reszta ciała została prawdopodobnie spożyta później podczas grupowej ceremoni, do uczestnictwa w której nikt jednak w okolicy snie chciał się przyznać. W tradycji wojowniczych Yali zjedzenie mózgu pokonanego przeciwnika umożliwiało przejęcie jego wiedzy, zjedzenie serca zaś – uzyskanie jego siły i odwagi.

Gdy odwiedziłem Anggkruk po raz pierwszy w 2005 roku i usłyszałem historię zjedzonego przed siedmiu laty człowieka, Herdit pomieszkał jeszcze na skraju wioski lub w samotnej chatce w dolnej partii zbocza góry Elij. Nie można było go aresztować, bo gdy policja nadlatywała do Anggkruk samolotem, było ich słychać z daleka i Herdit za każdym razem uciekał do lasu. Gdy byłem u Yali po raz ostatni 2011 dowiedziałem się, że Herdita zastrzelił w końcu patrol wojska. Ponoć żołnierze zmusili okolicznych mieszkańców do spalenia ciała, rozgotowania kości i rozbicia ich potem na proch – czyli przeprowadzenia straszliwego rytuału, którego Yali dokonywali na pokonanych wrogach, aby upewnić się, że duch zmarłego nie wróci szukać zemsty.

Kanibalizm ma niezwykle bogatą historię nie tylko na Nowej Gwinei, ale też na innych wyspach Pacyfiku. Liczne przypadki odnotywano na większości wysp Melanezji, w Australii, na Fiji, a także na Molukach, wyspach Sundyjskich, Borneo, a nawet na Sumatrze. Jeśli uważniej przyjrzymy się źródłom historycznym to okaże się, że kanibalizm nie był obcy ludom Azji kontynentalnej, Afryki, obu Ameryk, a także „cywilizowanej” Europy. W kulturze popularnej utrwalił się obraz kanibali jako prymitywnych dzikusów rozmiłowanych w smaku ludzkiego mięsa. Historie o krwiożerczych dzikich przywozili do Europy marynarze już od XV wieku i mit ten utrwalał się praktycznie aż do połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dzisiaj wiemy już, że kanibalizm praktycznie nigdy nie był związany z zaspokajaniem fizjologicznego głodu i żywieniowymi preferencjami grupy ludzi. W większości przypadków zjadanie przedstawiciela własnego gatunku miało podłoże rytualne lub magiczne i tak rozumiane stanowiło często zasadniczy element danej kultury.

Kanibalizm mógł na przykład stanowić formę rytuału pogrzbowego. Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w kilku wioskach plemienia Fore zamieszkującego wyżyny pomiędzy dzisiejszą Papuą – Nową Gwineą, a indonezyjską Papuą Zachodnią, ludzie zaczęli zapadać na dziwną chorobę. Torsje, bóle mięśni, niekontrolowane napady śmiechu, problemy z przełykaniem i z oddychaniem, które często doprowadzały do śmierci – objawy w bardzo szybkim czasie dotykały większą część dorosłej populacji. Część chorych wyglądała jakby popadła w obłęd – pojawiły się problemy z artykulacją, rozpoznawaniem bliskich, samookaleczenia itd. Sprowadzeni do dżungli australijscy lekarze, po kilku miesiącach badań, z przerażeniem doszli do wniosku, że tajemnicza choroba, którą w lokalnym narzeczu nazwano kuru („dreszcze”) ma związek z makabrycznym zwyczajem zjadania szczątków swoich zmarłych podczas ceremonii pogrzebowych. W obrzędzie tym mogli brać udział tylko dorośli członkowie plemienia po inicjacji, dlatego też choroba oszczędzała najmłodzych. Chorobę wywoływało białko zwane prionem, o którym zrobiło się głośno w Europie podczas tzw. epidemii „szalonych krów” – w tym przypdaku krowy karmione były mączką wowłową. Okazało się, że zjadanie tak bliskiemu sobie DNA powoduje zmiany genetyczne i  nieodwraalne zmiany w systemie nerwowym i mózgu, niszczonym właśnie przez zmutowaną cząsteczkę prionu. Ponieważ podczas ceremonii pogrzebowych w pierwszej kolejności zjadano już zainfekowany mózg – choroba rozprzestrzeniała się i rozwijałą u kolejnych osobników bardzo szybko. Wieść o tajemniczej chorobie, która niemalże wyeliminowała całe plemię Fore szybko rozniosła się po całej wyspie, a misjonarze i lokalne władze postarały się, aby przyczyna choroby była ujawniona i posłużyła za ostrzeżenie przed praktykami kanibalistycznymi. Nie na wiele się to zdało jednak, gdyż dla ludów papuaskich kanibalizm miał dużo głębszy sens niż chrześcijańscy misjonarze mogli to sobie wyobraźić. Poza tym – na ile poważnie Papuasi mogli traktować misjonarzy, którzy zakazywali im jedzenia ludzi, mówiąc że to grzech, a zaraz potem ofiarowali im podczas własnych ceremoni ciało i krew Jezusa, swojego boga?! Ta kwestia powraca w rozmowach o religii z Papuasami do dnia dzisiejszego… Podczas jedej z zeszłorocznych wypraw do Korowajów udało mi się nakręcić swoisty „wywiad” z około trzydziestoletnim mężczyzną, który twierdzi, że w młodości zjadł trzech ludzi, chociaż nie on ich zabił. Była to forma kary za złamanie tabu, ale dokładnie opowiem Wam o tym za tydzień… Będzie też o najmłodym synu Rockefellera, który zginął, i najprawdopodobniej został zjedzony przez Asmatów w 1961 roku…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.