Zapiski z podróży. Indie. Długa noc w świątyni Śiwy.

Shiva_as_the_Lord_of_Dance_LACMA_edit

Indie, Andamany, Smith Island, wioska w okolicy Wandoor,

Kapliczka Śiwy stała na skraju wioski, wtulona w przydrożny las, osłonięta bujnym szalem z paproci i bluszczu. Prosta, drewniana chata nie wyróżniała się spośród innych zabudowań niczym, poza totemicznym słupem na podwórzu i pozłacanym trójzębem wieńczącym stożkowatą strzechę dachu. Było już solidnie po zmierzchu; przez pełne szpar ściany budynku sączyło się leniwie światło, jasnymi i cienkimi snopami rozpraszając mrok gęstniejącej nocy.  W całej okolicy ucichł już ludzki gwar i tylko przytłumione dźwięki bębnów i piszczałek oznajmiały, że w świątyni odbywa się pudża. Przekraczając próg wchodziło się w duszną mgłę zdominowaną zapachem kadzideł, marihuany i potu. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, ktoś po prostu przesunął się robiąc trochę miejsca do siedzenia na ziemi. Chór męskich głosów unosił się i opadał zawodząc w elektryzującym, ekstatycznym śpiewie. Drewniana podłoga, chata, cały świat drżał od uderzeń bębnów, pijanego tańca, magii, narkotycznego szaleństwa.

Śiwa Naradża – król tancerzy, ojciec ognia, Pan księżyca, boski niszczyciel i twórca, posiadacz tysiąca i ośmiu imion, uosobienie furii i chaosu, ale i ładu i mądrości. Mistrz joginów, nauczyciel riszich, bóg braminów, powiernik Wedy. Zamknięty w ognistym kręgu wykonuje taniec śmierci kołysząc się na ciele karła Apasmary obłożonego klątwą niewiedzy i epilepsji. Śiwa czteroręki, Śiwa wszystkowidzący, bóg o niebieskiej szyi pełnej jadu – zagłady ludzkości. Wirują włosy, które kiedyś zatrzymały morderczy bieg Gangesu, święty wąż Wasuki chowa łeb w ramionach swojego pana. Bóg – łowca obraca swe niszczycielskie, trzecie oko, aby zadać zniszczenie wszelkiemu istnieniu, aby potem tchnąć w ziemię nowe życie. Rudra Śiwa, Śiwa Natesza, Maheśwara. Mistrz ascezy i bóstwo pożądania. Król paradoksu i wiedzy tajemnej. Władca gór, odwieczny rezydent Kailaśa, Pan Hima-alaya, Krainy Śniegu. On Namah Śiwaja…

Kobiety nie miały wstępu do świątyni podczas ceremonii. Śiwę symbolizuje lingga – fallus, obecność kobiety byłaby obrazą dla Kosmicznego Penisa. Mężczyźni kołysali się w narkotycznym transie, w kucki i z zamkniętymi oczyma powtarzali słowa mantry. Dym z palonych bidi, marihuany i kadzideł wdzierał się w nozdrza, rozsadzał płuca, eksplodował przed oczyma fajerwerkiem czerwonych i złotych plam. Muzyka była ogłuszająca, wbijała się w umysł niczym miliony szpilek i wywoływała dreszcze. Starszy facet w przepoconym podkoszulku siedział w kącie na skórze tygrysa i przygotowywał święte czilumy. Nabijał fajki trawą z trzymanego między nogami worka, rozpalał je i rozdawał obecnym, za każdym razem dotykając uprzednio czilumem czoła. Namaste. Boskość we mnie oddaje cześć boskości w Tobie. Każdy ze zgromadzonych powtarzał ten gest, przyjmował i przekazywał dalej błogosławieństwo, po czym zaciągał się się chciwie dymem. W-sssssshhhit – pomieszczenie zasnuwało się jeszcze gęstszą, siwą mgłą. Błyszczące oczy, spocone, klaszczące dłonie. Do sali wszedł chłopiec rozdający wodę i słodki ryż na grubych, bananowych liściach. Z każdej porcji strącano po kilka ziaren na małą, drewnianą miseczkę, którą złożono potem na na niewielkim ołtarzu ozdobionym złotym trójzębem i wizerunkiem kobry – atrybutami Śiwy. Czy bóstwo przyjmie ofiarę? Obok ołtarza stał duży, wiklinowy kosz. Jeden z obecnych zerwał z niego nagle wieko… Mężczyźni poderwali się z ziemi, mantra i muzyka ucichła na chwilę, rozległy się podniecone śmiechy i ucieszne oklaski. Wąż, rozleniwiony, a może odurzony  dymem, uniósł tylko łeb rozglądając się po sali. Starzec od czilumów szturchnął go kilka razy długim kijem; kobra zasyczała wściekle prezentując maleńkie kiełki. Zgromadzeni klaskali rytmicznie, a wąż rósł i rósł – zdawało się, że jego długie cielsko nie ma końca. Wreszcie kobra wyprężyła się dumnie połyskując okularami na grzbiecie. Mężczyźni krzyknęli radośnie, zagrały piszczałki, flety, bębny. Ktoś zerwał z siebie mokrą od potu koszulę i zaczął tańczyć roztrącając towarzyszy, rozlewając wodę, sypiąc żarem z fajek. Ze śmiechem przyłączano się do niego i wkrótce cała sala wypełniła się ciemnymi, wyginającymi się cieniami. Kobra tańczyła wraz z nimi, zwijała się i prostowała, co jakiś czas wyrzucając w przód płaską głowę, jakby w pozorowanym ataku. Przed świątynią rozbłysło nagle ognisko rzucając wyzwanie mocom ciemności. Ku rozgwieżdżonemu niebu wzniosła się pieśń, klaskanie, radość. A ponad tym wszystkim tańczył Śiwa srebrząc świat bladym blaskiem księżyca. Om Namah Śiwaja…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.