Dziesięć powodów, dla których życie w Azji bywa uciążliwe.

rooster1

Wracam z rozwinięciem wątku podsumowującego różne aspekty życia w Azji. Oto dziesięć powodów, dla których życie w Azji bywa naprawdę ciężkie.

 

1) Koguty. Może to banalne, ale boli to każdego ranka i naprawdę potrafi odebrać całą radość z budzenia się na rajskiej wyspie. We mnie wzbudza wręcz mordercze instynkty i chęć skrytobójczego zamachu. Koguty. Nienawidzę kogutów, a Balijczycy je kochają. Każdy, szanujący się Balijczyk posiada koguta, dwa koguty, im więcej, tym lepiej. Wystawiają je w klatkach przed domami, czeszą im pióra, obnoszą dumnie po sąsiedztwie. Złośliwi (tak, zdecydowanie wpisuję się w tą grupę) twierdzą, że to ekwiwalent ich męskości. W praktyce jednak balijscy mężczyźni utrzymują koguty dla dwóch celów: do rytuałów religijnych i do walki, których wygrywanie wiąże się z pieniędzmi i prestiżem. To zaś oznacza jeszcze większą miłość do kogutów i dokupywanie kolejnych. Dla mnie z kolei oznacza to nieprzespane noce. Bestie w piórach zaczynają swój piekielny koncert o trzeciej nad ranem. Gdy zapieje pierwszy – tysiące pozostałych w całej okolicy odpowiadają mu ze zdwojoną mocą swoich wymuskanych gardeł i wytrzepanych skrzydeł, znacząc swoje terrytorium, oznajniając kto i gdzie jest najsilniejszy. Kogut mojego sąsiada – Pak Made, skądinąd przyzwoitego człowieka – zaczyna piać codziennie o 3 w nocy, jakby na łapce miał zegarek zamiast metalowej obrączki. Nie, nie żal mi tych małych, pierzastych potworków ginących podczas walk urządzanych przed świątyniami, szamoczących się w śmiertelnym tańcu aż jedno (a przy odrobinie szczęścia oba!) zdechnie rozszarpane przez brzytwę przywiązaną do łapy przeciwnika! Poczciwy Pak Made nie ma zapewne pojęcia, że sąsiad, który codzinnie rano uprzejmie mówi mu „selamat pagi!” (dzień dobry), to w istocie koguci terrorysta, planujący zamach na całą, znienawidzoną populację, który kurom na wyspie najchętniej zafundowałby in vitro na koszt indonezyjskiego państwa.

 

2 Ruch uliczny. Wśród azjatyckich kierowców panuje najwyraźniej przekonanie o własnej nieśmiertelności. Ewentualnie – co z kulturowych powodów wydaje się zrozumiałe – silne przywiązanie do koncepcji reinkarnacji pozwala im przerzucać odpowiedzialność za własne życie na innych uczestników ruchu, w nadzieji, że nowe, lepsze wcielenie nadejdzie szybciej. Nie ważne, czy jest to Wietnam, Indonezja, Bangladesz czy Indie – reguły, a właściwie ich brak są wszędzie takie same. Dominuje siła: większy ma zawsze pierwszeństwo przed mniejszym. Pierwsze zatem jadą ciężarówki i autobusy, potem samochody, wreszcie motory, skutery i rowery, a dalej psy, krowy, kozy i co tam jest jeszcze… Piesi za każdym razem ryzykują życie przechodząc przez ulicę, w właściwie przeskakując pomiędzy rozpędzonymi pojazdami niczym kurczak ze starej gry na gameboy’u (pamięta to ktoś jeszcze?), którego należało bezpiecznie przeprowadzić przez autostradę. Nie widziałem jeszcze Indonezyjczyka, który włączając się do ruchu zdobyłby się na wysiłek obrócenia głowy by sprawdzić, czy z naprzeciwka nic nie nadjeżdża. W Indiach kierowcy autobusów nie zatrzymują się na przystankach, tylko zwalniają aby pasażerowie w biegu zdążyli wskoczyć, bądź wyskoczyć z pojazdu. W Dżakarcie dwadzieścia milionów skuterów codziennie rozlewa się po arteriach miasta całkowicie ignorując kierunki ruchu, zakazy, nakazy, wymijając wszystko i wszystkich z każdej strony, całkowicie paraliżując ruch i wywołując wielokilometrowe korki. Ach, gdybyście widzieli to obrażone miny i zdziwione spojrzenia, gdy się na nich zatrąbi! Na skuterach widać często sześcioosobowe rodziny, z dziećmi, bez kasków, za to przewożących klatki z kurami, długie, bambusowe tyki, które potrafią strącić innych kierowców z motorów na każdym zakręcie, metalowe narzędzia fruwające niczym pociski w przypadku zderzenia, śmiercionośne szyby, telewizory, ba – niedawno widziałem faceta wiozącego otwartą beczkę z żywymi rybami na motorze! Tu nie ma pustych przewozów, logistyka transportu, choć pokrętna to jednak jest wyjątkowo efektywna. Jeśli dodamy do tego obrazka brak ezgaminów na prawo jazdy, skrajne łapówkarstwo drogówki, możliwość prowadzenia po pijaku, fatalne drogi, na których czasami walają się zerwane przewody wysokiego napięcia oraz chałupniczo przerabiane pojazdy, które potrafią pluć z rur wydechowych ogniem i smrodliwym dymem to mamy już prawie pełny obraz sytuacji. Ażeby go dopełnić wystarczy samemu wypożyczyć samochód w Azji i dołożyć to tego obrazka kilka własnych historii. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że po tylu latach mieszkania w Azji sam zacząlem jeźdźić po azjatycku. W Europie zatem tylko taksówki!

 

3) Obsługa klienta. Wykręćcie numer obsługi klienta dowolnej firmy w Indonezji. Automat powita Was pięknie po indonezyjsku, poczym poinformuje, że „dla obsługi w języku angielskim – wybierz dwójkę.” Posłusznie wybieracie dwójkę na klawiaturze, poczym pani z automatu dalej będzie do Was mówiła piękną indonezyjszczyzną. Widocznie ktoś przyjęty do pracy w infolinii potrafił po angielsu powiedzieć akurat tyle: „for service in English – press two!” Innym razem kobieta z obsługi klienta z firmy internetowej zasugerowała, że nie warto naprawiać usterki w moim łączu, bo i tak za DWA MIESIĄCE kończy mi się umowa. Jeszcze innym razem technik z kablówki, który przyszedł naprawić antenę cichcem zmienił mi operatora, bo od ostatniej wizyty zaczął pracę w innej firmie. Od tego czasu zacząłem dostawać dwa rachunki za kablówkę. Pani z tele taxi dwie godziny po zamówienieu taksówki, o której zdążyłem już zapomnieć i wsiąść do innej, dzwoni, żeby radośnie poinformować, że taksówka czeka. Śmieciarze, za których usługi zapłaciłem roczny abonament co piątek próbują tej samej sztuczki robiąc smutne oczy i prosząc mnie o opłatę, licząc, że któregoś razu uda się wycyganić 5 dolców. Typ z kantoru, który próbował mnie oszukać przy wymianie pieniędzy, po zakończonej awanturze poprosił mnie, żebym mu odpalił trochę drobnych na papierosy. Po wizycie na komisariacie, gdzie chciałem zgłosić włamanie, zrezygnowałem ze zgłoszenia, bo okazało się, że łapówka, za którą policjanci byli gotowi zająć się sprawą, przewyższa wartość skradzonych rzeczy. Pani w sklepie elektronicznym z uśmiechem potwierdza, że owszem, kupowany sprzęt ma dwuletnią gwarancję, jednak regulamin sklepu mówi, że „reklamacji nie uwzględnia się w żadnym wypadku!” I tak dalej, i tym podobne….

 

4) Spowolnienie i lenistwo. To paradoksalne, ale to co wydaje się największą zaletą mieszkania w tropikach, staje się po jakimś czasie jednym z jego najbardziej koszmarnych aspektów. Wydawać by się mogło, że życie powolne, leniwe i pozbawione pośpiechu to życie szczęśliwe, przeciwstawione „wyścigowi szczurów” i wiecznemu napięciu związanemu z tępem życia na Zachodzie. Każdemu, kto wybiera się w podróż po Oriencie lub poprostu wypada do Azji, czy Afryki na wakacje wydaje się to szalenie atrakcyjne – zatrzymać się w miejscu, nie spieszyć się, nie spoglądać na zegarek. Faktem jest, że tutaj wszystko można zrobić później, odłożyć do jutra, czas płynie wolniej, a jego percepcja w Azji jest zupełnie inna niż w Europie czy Stanach. To kwestia kulturowa, będę o niej jeszcze nieraz pisał. Mieszkańcy tropików doprowadzili technikę czekania do absolutnej perfekcji, są mistrzami zabijania czasu, siedzienia na krawężniku, gapienia się na ulicę, palenia papierosów i rozmawiania o niczym. Zastanówcie się jednak, czy moglibyście tak żyć i pracować na codzień. Umówienie się z kimś na konkretną godzinę jest niemal niemożliwe, nałożenie ram czasowych na jakikolwiek projekt mija się z celem. Biura i urzędy funkcjonują w niewiadomych godzinach, czasami nikt nie wraca do pracy po lunchu. Najmniejszy problem wymaga rochodzenia go w kółko, rozważenia go w czasie wypalenia co najmniej trzech papierosów, podrapania się po głowie, skonsultowania z rodziną, przestąpienia z nogi na nogę, uprzejmego uśmiachania się, położenia się spać i powrócenia do tematu nazajutrz. „Dzień dobry, zepsuła się klimatyzacja, trzeba naprawić.” „Eeeee, ok mister, mam teraz przerwę na papierosa, ale później przyjdę obejrzeć!” Do zobaczenia za dwa dni.
Praca z lokalnymi partnerami staje się przez to trudna, czasami wręcz niemożliwa. Oczywiście, w miarę upływu lat spędzonych w Oriencie można się do tego przyzwyczaić i nauczyć się w takich warunkach funkcjonować. Z tym jednak wiąże się kolejne niebezpieczeństwo, dużo poważniejsze niż stres związany z pracą i frustracja ciągłym czekaniem. Dużo ekspatów mieszkających na Bali poddało się spowolnionemu trybowi życia i wpadło w pułapkę najzwyklejszego, skrajnie demobilizującego lenistwa. Chcąc zachować „europejskie” standardy pracy i funkcjonowania trzeba sobie narzucić żelazną autodyscyplinę, układać plany i je realizować, pilować się, żeby się nie utopić w cieplutkiej, wakacyjnej, wszechograniającej zupie bezczynności. Oczywiście ekspaci mieszkający w Hong Kongu, Singapurze, czy Japonii będą mieli skrajnie odmienne odczucia; ja jednak mieszkam na Bali, rajskiej wyspie, na której cały świat spędza wakacje.

 

5) Brak kultury konwersacji. Ta kwestia wynika z bardzo głębokiej różnicy kulturowej między nami a Azjatami. W Azji mówienie rzeczy wprost, wyrażanie swojej opinii i konfrontowanie jej z innymi w otwartej dyskusji jest – delikatnie mówiąc- nie na miejscu. W Azji swoje myśli zachowuje się raczej dla siebie, w rozmowach i interakcjach z innymy ludźmi skupiając się na uprzejmościach i neutralnych wyrażeniach. To, z czego to wynika to osobny i fascynujący temat, do którego obiecuję jeszcze powrócić. W tym miejscu powiem tylko, że jest to mocno frustrujące, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, który ma niewyparzoną gębę i często nie potrafi utrzymać języka za zębami…

 

6) Brak kultury wysokiej. Kultura azjatycja jest fascynująca, bogata i posiadająca tysiące lat historii. Jest to jednak kultura, która dla 99% ekspatów jest i zawsze będzie kulturą im obcą. Jestem kulturoznawcą, napisałem o Azji książkę i pracę magisterską i wydaje mi się, że kulturę azjatycką znam i rozumiem całkiem nieźle. Nie czyni to jednak ze mnie regularnego uczestnika balijskich ceremonii, rozentuzjazmowanego widza khmerskich tańców, czy przedstawień klasycznego teatru cieni. Wszystko to widziałem już niezliczoną ilość razy. Brakuje mi natomiast (chyba już nieistniejącego) kina Malta w Poznaniu, gdzie kiedyś wystarczyło znaleźć dziesięciu chętnych, aby w kinie puścili dowolny film z ich filmoteki. Brakuje mi nowości wydawniczych, księgarni, antykwariatów. Brakuje mi ciekawych imprez, ambitnych koncertów i festiwali, które kiedyś zresztą sam produkowałem. Niedawno był na Bali koncert Fat Boy Slima. Bilet wstępu kosztował niemal tyle, co trzydniowa przepustka na Openera. Brakuje mi – i to jak! – tych spontanicznych wernisaży, gdzie znajomy artysta pokazywał jedną instalację, ktorą widziało się już dwa razy, ale za to darmowe wino lało się strumieniami i zawsze spotykało się doborowe towarzystwo. To dziwne, paradoksalne uczucie – żyję otoczony prastarą, spektakularną i niezwykle żywotną kulturą, która objawia się w różnych formach na każdym kroku, a jednak czasami mam wrażenie, że mieszkam na kulturowej pustyni.

 

7) Korupcja. Ten post jest już zdecydowanie za długi, żeby jeszcze rozwijać w nim ten wątek. Ileż historii będę Wam miał później do opowiedzenia w związku tym najsprawniej funkcjonującym systemem w Azji! Ileż anegdod, skandali, ale też niestety prawdziwych dramatów… Najprościej ująć to tak: w Indonezji nie można wziąźć głębszego oddechu, aby zaraz nie pojawił się ktoś, kto będzie za to żądał pieniędzy. Otworzenie firmy, otrzymanie jakiegokolwiek pozwolenia, każda forma działalności biznesowej, kulturalnej lub nawet humanitarnej jest niemożliwa bez wręczenia komuś koperty. Robiłem przed laty wywiad z pracownikami Czerwonego Krzyża z Singapuru, którzy jako jedni z pierwszych dotarli do Banda Acech po dewastującym uderzeniu tsunami. Choć trudno w to uwierzyć, to opowiadali, że nawet za załatwienie formalności związanych z ich funkcjonowaniem i niesieniem pomocy ofiarom żądano od nich łapówki. Od policjantów z drogówki za papierosy przymykających oko na brak prawa jazdy, czy prowadzenie po pijanemu, po najwyżdzych urzędników inkasujących miliony za przyznawane licencje i pozwolenia – Indonezja jest przeżarta korupcją na wskroś. Z doświadczenia wiem, że w różnym stopniu w pozostałych krajach azjatyckich (nie wspominając już o Afryce) sytuacja wygląda bardzo podobnie. Ostatnio na Bali niezwykłą karierę w internecie zrobił pewien, skądinąd sympatyczny policjant, zobaczcie sami:

 

Najmilszy policjant świata:

 

8) Bezmyślność. Czasami przybiera jest śmiesznie formy. Ot, jakiś czas temu pewna znajoma, która ma psa, opowiadała, że wyjeżdżała na tydzień i poprosiła swoją pomoc domową, żeby się nim zajęła i codziennie dawała mu pół puszki karmy dla psów. Jakież było jej zdziwienie, gdy po powrocie do domu w lodówce odkryła…siedem do połowy pełych puszek karmy dla psów! To nie żart. A nawet jeśli znajoma tą historię lekko ubarwiła, to dla nikogo z nas, którzy jej wtedy słuchaliśmy nie wydała się ona nieprawdopodobna. Innym razem kierowca popsutej ciężarówki, która stanęła na poboczu drogi nie miał trójkąta ostrzegawczego, więc postanowił oznaczyć miejsce awarii za pomocą solidnej gałęzi ułamanej z pobliskiego drzewa. Niestety było już ciemo i na „znaku ostrzegawczym” rozbił się pierwszy nadjeżdżający motor. Kierowca ciężarówki nie rozumiał zupełnie pretensji motocyklisty (możecie się domyślać, kto jechał na motorze), związek przyczynowo – skutkowy nie zadziałał. Rzecz w tym, że z uwagi na nepotyzm panujący w Indonezji i całkowite niezwracanie uwagi na kompetencje przy obsadzaniu stanowisk ludzie posługujący się podobną logiką obejmują wysokie i odpowiedzialne stanowiska. I wtedy śmiesznie już nie jest.

 

9) Śmieci. Azja to najbardziej zaludniony kontynent świata, a jak wiadomo ludzie produkują głównie śmieci. W całej Azji jest to ogromy problem, choć np. taki Singapur potrafił sobie z nim świetnie poradzić. Niestety Indonezyjczycy mają na tym polu jeszcze wiele do nadrobienia. Uczciwie trzeba przyznać, że dla wielu z nich jest to problem zupełnie nowy. Mieszkańcy dalekich, wyizolowanych wysp na wschodzie Indonezji – Maluków, Alor, Kai czy innych mini archipelagów gdzieś pod Papuą – platikowe butelki, siatki i inne śmieci znajdują ze zdziwieniem na swoich plażach po tym, jak w okolicy przepływają promy pasażerskie. To doprawdy zbrodnicza praktyka, która odbywa się codziennie na pokładach państwowych promów PELNI – kiedy kubeł na śmieci zapełnia się opakowaniami po „chińskich zupach” i kubeczkami od kawy, członek załogi po prostu wypróżnia go za butrtę. Podczas rejsu na Morzu Banda Indonezyjczyk przyłapany przeze mnie z pustym już kubłem wyjaśnił mi, że „ocean jest wielki.” Na samej Bali jeszcze dziesięć lat temu z trudem znaleźć można było platikowe opakowania, zatem wszysto to, co Balijczycy jedli pakowane było w liście bananowców, względnie w papier. Nic dziwnego, że Balijczycy mieli zwyczaj wyrzucania za siebie opakowań zaraz po tym, jak coś zjedli – wtedy większość powstających w ten sposób śmieci samoistnie znikała w ciągu kilku dni. Dziś Balijczycy dalej wyrzucają śmieci za siebie (mój sąsiad np. przerzuca je przez mur swojego domu, stojącego zaraz obok mojego, czym wywołuje regularne „wojny śmieciowe” między nami) z tym, że dzisiaj wszystko zapakowane jest w plastik i szkło. Inwestycja w profesjonalną spalarnię śmieci nie jest najwyraźniej na liście priorytetów lokalnych władz, więc mieszkańcy wyspy biorą sprawy w swoje ręce, paląc śmieci w przydrożnych rowach lub za domem.

 

10) Brak wina. To może drobnostka, ale nie samą wodą człowiek żyje. Poza tym bardzo lubię dobre wino. I mimo, że na Bali można już dostać niemal każdy gatunek wina to jednak jego absurdalne ceny sprawiają, że nawet najprzedniejszy kordiał ma wsobie głęboką i wyraźną nutkę goryczy….

 

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.