Pasola – krwawe igrzyska

27

Najpierw polała się kurza krew. Dużo kurzej krwi. Na plaży w Wanokaka, oświetlonej trupio bladą poświatą księżyca, zebrało się kilkunastu kapłanów Merapu, z kórych każdy w skupieniu grzebał patykiem w parujących jeszcze wnętrznościach złożonych w ofierze kurczaków. Wszyscy cmokali i kręcili z niezadowoleniem głowami. Niektórzy, wyraźnie rozłoszczeni, strącali krwawą papkę w pierzu na mokry piasek i gestem kazali sobie podać następnego ptaka. Błysk ostrza. Głuche stuknięcie. Głowa kury na piasku. Krew. Dużo krwi.

Znaki ewidentnie nie były dobre. Co gorsze, mimo całonocnej ceremonii i głośnego nawoływania do oceanu – ciągle nie było śladu po nyale – wodnych robakach, uważanych za święte, których pojawienie się w przybrzeżnych wodach wokół wyspy wyznaczać miało czas zbiorów i początek Pasoli. Kolejni wieśniacy, którzy godzinami przeczesywali rafę podczas odpływu, wracali z pustymi rękoma. Bardzo zły omen. Im więcej zebranych nyale, tym lepsze mają być zbiory – brak nyale oznaczać mógł tylko totalny nieurodzaj. A może jest jeszcze za wcześnie? Gęstniejący tłum, który gromadził się na plaży z roczarowaniem komentował rozwój wydarzeń. Czyżby miano odwołać Pasolę? Wszystko było już przygotowane do święta – wojownicy gotowi, konie przystrojone, goście w drodze, trybuny wybudowane…jakże to? Co teraz? Czy Merapu naprawdę się od nich odwrócił? Nawoływanie do oceanu stawało się coraz głośniejsze, coraz więcej gardeł przyłączało się do błagań o pojawienie się nyale, o dobry znak. Uuuuuu- uu-uu-uu-uu!!!! I znowu: Uuuuuu- uu – uu – uu – uu!!!

Tymczasem rytualna rzeź kur i świń trwała nie tylko na plaży w Wanokaka, ale też w niemalże wszystkich wioskach rejonu Kodi na zachodniej Sumbie. Wojownicy mający wziąć nazajutrz udział w walkach próbowali odczytać ze zwierzęcych wnętrzności jak im się powiedzie podczas Pasoli. Jeśli wróżba była bardzo zła, a kapłan był wstanie zobaczyć jego śmierć, zawodnik mógł jeszcze wycofać się z turnieju. W praktyce jednak żaden mężczyzna na Sumbie nie zrezygnowałby z walki, gdyż śmierć podczas Pasoli to największy honor, jaki może spotkać wojownika. Kamienne groby legendarnych bohaterów Pasoli sprzed setek lat do dziś stoją przed domami klanowymi na całej wyspie; w Waikabubak, Waignapu, Waitabar, Tambolaka i innych wioskach. Wojownik, który zginie na polach Pasoli okryje się wieczną chwałą, a ten, który go zabił będzie miał miał na sobie cały klan zabitego, który zrobi wszystko, aby pomścić jego śmierć w kolejnej edycji festiwalu. Nieprzewane koło wendetty, które potrafi przetrwać pokolenia.

Trudno powiedzieć, kiedy się to wszystko zaczęło. Lokalna legendda mówi, że „tysiące lat temu.” Mężczyzna imieniem Umbu Dula i jego dwaj bracia, mieli na długo opuścić swoją wioskę Waiwuang (dzisiejsza Wanokaka) i spędzić czas na południu Sumby. Z jakiegoś powodu jednak powiedzieli wszystkim w domu, że wybierają się na ryby. Gdy zatem ich nieobecność w wiosce przedłużała się, mieszkańcy Waiwuang, w tym Rambu Kimba – niezwykłej urody żona Umbu Dula, uznali, że zginęli oni na morzu. Kobieta wkrótce znalazła sobie nowego męża i przeniosła się do sąsiedniej Kodi. Gdy Umbu Dula wrócił wreszcie do domu i odkrył nieobecność żony, udał się z braćmi do Kodi żądając zwrotu Rambu Kimba albo zapłaty w postaci bawołów, koni i nyale. W tych okolicznościach miało dojść do pierwszej konfrontacji między wojownikami z Kodi i Wanokaka, z którego z czaasem narodziła się tradycja Pasoli – jednego z najdziwniejszych i najbardziej krwawych rytuałów, jakie można oglądać w Azji i na świecie. Zobaczenie Pasoli nie jest proste – co roku na Sumbie odbywa tylko się jeden, dwa festiwale, których daty wyznaczane są na podstawie magicznych ceremonii i ogłaszane z ledwie dwu-trzy tygodniowym wyprzedzeniem. Trzeba być w Indonezji na przełomie lutego i marca i czekać, aż pojawią się jakieś informacje.

Pasola  to zdecydowanie największe wydarzenie w roku dla mieszkańców Sumby i za każdym razem gromadzą dziesiątki tysięcy widzów z całej wyspy i całego archipelagu. Festiwal wyznacza rozpoczęcie zbiorów i początek nowego cyklu. W ceremonii biorą udział setki konnych wojowników, podzielonych na drużyny reprezentujące poszczególne klany z różnych części wyspy, które podczas zainscenizowanej bitwy walczą ze sobą za pomocą miotanych w przeciwnika włóczni. I choć dzisiaj celem nie jest już zabicie rywala, jak to było jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu, ale nadal liczy się zrzucenie przeciwnika z konia oraz krew. Dużo krwi. Zawodnicy Pasola przytępiają końcówki swoich włóczni, ale nie do końca… Krew przelewana podczas Pasoli jest uważana za ofiarę dla Merapu – najwyższego boga na wyspie, władcy krainy zamieszkiwanej przez duchy przodków. Im więcej krwi – zwierząt zabitych podczas ceremonii poprzedzających Pasolę oraz samych uczestników festiwalu – tym lepsze będą zbiory, a rok będzie bardziej pomyśly. Jeśli nawet któryś z wojowników zginie (co zdarza się dość często, gdyż zawodnicy nie używają żadnej zbroi ani tarczy) – cóż, Merapi traktuje to widać jako najwyższą ofiarę. Zginąć podczas Pasola to zaszczyt, którego historię przekazuje się w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Większość kamiennych grobów stojących przed domami we wioskach na całej wyspie ozdobiana jest wizerunkami wojownika na koniu, z włócznią w ręku.

            Sumba to jedna z bardziej wyizolowanych, a przez to ciekawszych Wysp Sundajskich w Indonezji. Położona na uboczu głównych szkalów handlowych i komunikacyjnych wyspa rozwinęła i zachowała unikalną w skali świata kulturę animistyczną, powrzechnie praktykowaną pod cieńką warstwą oficjalnie wyznawanych na wyspie odmian chrześcijaństwa. W wioskach, które często liczą sobie sześćset – siedemset lat, do dziś oglądać można słupy i kamienie ofiarne, przy których zabija się bawoły i kury ku czci zmarłych przodków, „drzewa czaszek”, czyli miejsca, gdzie jeszcze niedawno zawieszano głowy pokonanych w walce wrogów. Najważniejsze są jednak kamienne groby przodków, budowane dosłownie kilka kroków od domów, aby zmarli nie oddalali się od rodziny i klanu. Duchy przodków zamieszkują zamieszkują razem z żywymi (stąd charakterystyczne, wysokie na kilkanaście metrów dachy tradycyjnych domów na Sumbie, które mają „pomieścić” jak najwięcej duchów) i wpływają na ich codzienne życie. Żadna poważniejsza decyzja w rodzinie nie odbywa się bez konsultacji ze zmarłymi rodzicami, dziadkami, a nawet pra-pra dziadami; w zależności od sytuacji i problemu. Często zwłoki zmarłych trzymane są w domu miesiącami, odbędzie się pogrzeb i złoży się je w pozycji siedzącej do groby. W przeszłości,  podczas pogrzebów członków rodzin królewskich (na Sumbie jeszcze na początku XX wieku funkcjonowało kilkadziesiąt „królestw”, których wielkość nie przekraczała często powierzchni osiedla w średnim, polskim mieście), składano w ofierze nie tylko bawoły, konie, kury, ale też…niewolników, którzy mieli zmarłemu służyć za tragarza w drodze do Merapu. I choć niewolnictwo zostało formalnie zakazane po odzyskaniu niepodległości przez Indonezję w 1945 roku, to na wschodniej Sumbie do dziś spotyka się rodziny posiadające darmowych pracowników, którzy obrabiają pola i służą swym „panom” tylko za wyżywienie i dach nad głową. (Swoją drogą, na „cywilizowanej” Bali też się to jeszcze spotyka).

            „Nyale!!!!!” – dzieciak aż trząsł się z podniecenia i pokazywał palcem na rybaków biegnących w naszą stronę, niezgrabnie przeskakujących między ostrymi koralami na plaży. „Nyale” – powtórzyły ożywione głosy w tłumie. Tłum zafalował, mężczyzna przeciskał się w kierunku kapłanów trzymając coś w wyciągniętych przed siebie rękach. Nyale. Pół garści wijących się, pijawkowatych robali. Niewiele, ale zawsze. Czas rozpocząć Pasolę! Wróżba na tegoroczne zbiory jest fatalna, ale Merapu może zostać jeszcze przebłagany ofiarą z krwi. Na polu nieopodal plaży zebrał się już wielotysięczny tłum, drogę blokowały setki motorów, koni, kolorowej i niewyspanej ciżby. Słońce wstawało, świat nabierał kolorów. Wojownicy na koniach nie mogli doczekać się walki, zaczęli zaczepki już na plaży. Tłum gapiów w panice rozpierzł się, gdy jeden z zawodników uchylił się przed lecącą włócznią i na chwilę stracił kontrolę nad wierzchowcem. Koń zarżał, za nim następne. Ktoś inny oberwał włóczną w plecy, spadł na ziemię. Rzucający podniósł pięść w geście zwycięstwa, tłum, który jeszcze nie zdażył przybrać regularnego kształtu wokół pola „bitwy” zaryczał z aprobatą. Pomiędzy ludźmi zaczęli krążyć mężczyźni uzbrojeni kije, poszturchując i popychając, usiłując zaprowadzić jakiś porządek. Sam niemal oberwałem kijem po plecach próbując przekraść się bliżej miejsca akcji, strzelić lepszą fotkę. Na polu było już może pięćdziesięciu, sześćdziesięciu wojowników na koniach. Świst włóczni, tętent kopyt, buczenie i wrzski tłumu. Znowu ktoś oberwał, zachwiał się, spadł z konia. Zasłonił głowę rękoma. Koń kopnał go w plecy, przeturlał się na bok, próbował chronić twarz. Bezskutecznie. Pojawiła się pierwsza krew. Dużo krwi.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.