Koniec podróży. Część 2 – walcząc o Bali…

10403665_506327812800990_6623815597613552144_n

Nie wiem, jak Wy, ale ja w podróżach najbardziej ceniłem sobie doświadczanie inności. W każdej, możliwej postaci. Nie do końca interesowały mnie pomniki historii i wszystkie te „miejsca, które należy zobaczyć.” Taki Taj Mahal, na przykład, zobaczyłem dopiero chyba podczas drugiej lub trzeciej wizyty na indyjskim subkontynencie, podobnie było ze świątyniami Angkoru. Dużo bardziej ciekawiło mnie jednak to wszystko, co kryje się za kurtyną, „prawdziwe życie”, codzienność danego miejsca ze wszystkimi smakami, zapachami, dźwiękami, brudami i dziwactwami. Im dziwniej, tym lepiej. A potem zamieszkałem w Azji na stałe i wszystkie te dziwactwa i inności stały się moją codzienną rzeczywistością. Paradoksalnie; z jednej strony zrealizowałem swoje największe, podróżnicze marzenie o zamieszkaniu w jednym z tych fantastycznych miejsc, które odwiedzamy podczas podróży („oh, jakże cudownie byłoby zostać tu na stałe!” – macie to jeszcze?), a z drugiej straciłem najsilniejsze doznanie, jakiego dostarczały mi podróże. Po siedmiu latach okazało się też, że tropikalna wyspa nie uchroniła mnie ani przed pracą za biurkiem, ani siedzeniem w domu przed telewizorem, ani przed frustracją. W pewnym, przewrotnym sensie, osiedlenie się na Bali stało się dla mnie symbolicznym końcem podróży, a przynajmniej końcem pewnej formy doświadczania podróżowania.

Pisałem już o tym w poprzednim tekście i dzisiejszy post miał być kontynuacją poprzedniego. W części pierwszej ponarzekałem sobie trochę na wyboje życia w Azji, potupałem nogą (od razu zrobiło mi się lepiej), uderzyłem się w pierś, że za rzadko piszę i obiecałem poprawę (nie dotrzymałem słowa). W tym wpisie planowałem zrównoważyć obraz ogólnym, pozytywnym akcentem; pokazać, że symboliczny „koniec” podróży stał się początkiem nowej, fantastycznej przygody, skupić się pokazaniu Wam w ciepłych barwach tych drobnych i wielkich rzeczy, za które kocham mieszkanie w Azji.

Niestety, wydarzenia ostatnich tygodni nie tylko rozbiły mi różowe okulary, ale też odebrały na jakiś czas chęć do pisania w ogóle. Nawet sam tytuł tego tekstu – „koniec podróży,” który postanowiłem jednak zachować – nabrał nagle innego, ponurego wymiaru, który skutecznie zniechęcał mnie do kontynuowania opowieści. Rzecz w tym, że niedawno, dla kilku osób, ich podróż zakończyła się w sensie dosłownym; w dodatku w sposób tragiczny i brutalny. Pierwszy akapit napisałem trzy tygodnie temu, kiedy jeszcze miałem dla tego artykułu zupełnie inny plan. Teraz mam w sobie dużo złości i – przyznam szczerze – zupełnie nie wiem, dokąd mnie ten tekst zaprowadzi.

Parę dni temu pożegnaliśmy Kim – siedemnastoletnią Koreankę, która w piątkową noc, dwa tygodnie temu, została zaatakowana przez bandytę wyrywającego na motorze torebki. Dziewczyna sama była na skuterze, upadła wprost pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka pojazdu i zginęła na miejscu. Jej bezsensowna, absurdalna śmierć wywołała na Bali stan wrzenia; szok połączony był ze wściekłością, zwłaszcza wśród mieszkających na wyspie ekspatów, którzy od dawna już próbują zwrócić lokalnym władzą uwagę na kwestie bezpieczeństwa. Internetowe fora i fejsbukowe profile stanęły w ogniu, zewsząd wylały się żądania podjęcia akcji, znalezienia sprawców, przykładnej kary, jakiegoś działania. Błyskawicznie odbyły się spotkania lokalnych społeczności, pojawił się pomysł demonstracji, wyjścia na ulicę, w końcu jednak postanowiliśmy okazać nasze oburzenie i solidarność po balijsku i wspólnie z Balijczykami – poprzez piękną ceremonię w świątyni, na plaży, na którą zaproszono także przedstawicieli policji i media. Niestety, oficera policji z komisariatu w Kucie, gdzie dochodzi do największej ilości przestępstw, stać było tylko na rozbrajające wyznanie, że „nie wie, co ma powiedzieć” oraz apel o „wspieranie policji” (dobrze, że nie podał numeru konta, na które można wpłacać łapówkarski abonament). Ceremonia nie zdążyła się jeszcze odbyć, a Bali wstrząsnęła kolejna tragedia – w Ubud, dotychczas kojarzonym tylko polami ryżowymi, centrami jogi i filmem „Jedz, Módl się i kochaj,” znaleziono ciało pięćdziesięcio paro letniej Brytyjki, zamordowanej we własnym domu przez włamywacza. Sprawcę już ponoć ujęto, miał nim być Jawajczyk, pracownik budowy znajdującej się w sąsiedztwie. Moja wspólniczka uświadomiła mi później, że znałem tę kobietę; rok wcześniej uczestniczyła w organizowanej przez naszą firmę konferencji, podczas której skręciła kostkę i trzeba ją było wynieść do autobusu. Anne Marie Drozdz była nauczycielką, prowadziła różne projekty społeczne w Azji, dwa tygodnie wcześniej wróciła z Nepalu. Możecie sobie wyobrazić, że jej śmierć była jak wrzucenie beczki benzyny do rozbuchanego już ogniem pieca. Poczucie zagrożenia i wściekłość sprawiły, że wśród ekspatów pojawiły się głosy nawołujące już nie tylko do poprawy bezpieczeństwa na wyspie, ale wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. Bardzo niebezpieczny pomysł, zwłaszcza mieszkając w Trzecim Świecie, gdzie spora część ekspatów wciąż nie do końca zdaje sobie sprawę z różnic kulturowych i społecznych. W poprzednią środę zginął natomiast Sławek – Polak, którego poznałem na wielkanocnym śniadaniu w polskiej piekarni na Bali. Wypadek na motorze. Była noc i droga była prosta – jak zwykle nie wiadomo, jak to się mogło stać. Stało się i już nic nie możemy z tym zrobić. Na Bali każdego roku przybywa kilkanaście tysięcy samochodów, a ruch uliczny przypomina rajd obłąkanych rodem z Mad Maxa. Cholerna szkoda, że imię Sławka trzeba dopisać do wydłużającej się listy ofiar tego szaleństwa, zanim ktoś pomyśli o wprowadzeniu ograniczeń w ruchu lub ilości nowych samochodów. Bali to wyspa; tu nie zrobi się więcej miejsca, tylko dlatego, że jakiś Wayan sprzedał kolejny kawałek ziemi i chce pokazać pieniądze poprzez kupno piątego samochodu.

Te trzy tragedie nie mają ze sobą nic wspólnego, ale wpisują się w pewną niepokojącą i bardzo przykrą tendencję. Bali się zmienia. Nie chodzi tu nawet o narastającą przestępczość, czy koszmar komunikacyjny, bo pod tym względem jest gorzej, ale ciągle lepiej niż w innych krajach regionu. Mam na myśli coś bardziej głębokiego i prywatnego. Wygląda bowiem na to, że coraz mniej lubimy się nawzajem z Balijczykami. Pierwszy raz w ciągu tylu lat mieszkania na wyspie widzę coraz wyraźniej zarysowującą się w codziennym życiu linię podziału pomiędzy „nami”, a „nimi” „Nam” – ekspatom, mieszkającym na Bali od kilku,  kilkunastu lat – coraz trudniej jest patrzeć na „nich” inaczej, niż na nierozgarniętych leni, niezdolnych do wykonania porządnie najprostszej pracy; zawistnych, mściwych, nieodpowiedzialnych, niesłownych, a do tego jeszcze na każdym kroku usiłujących nas wykorzystać i oszukać. „Oni” – mieszkańcy spokojnej niegdyś wyspy zalewanej dziś przez tłumy obcokrajowców – widzą w „nas” aroganckich rasistów odgradzających się murami ekskluzywnych willi, chodzące worki z pieniędzmi, z których należy czerpać pełnymi garściami, nadętych naiwniaków, aż proszących się o to, by ich oskubać, neo-kolonialnych bogaczy, którzy wykupują ich ziemię i czują się tu, jak u siebie. Jakkolwiek fałszywa nie byłaby perspektywa każdej ze stron – o zrozumienie i wzajemny szacunek jest coraz trudniej. „My” i „oni.” Żyjemy coraz dalej od siebie, zamknięci we własnych enklawach, coraz częściej łypiąc na siebie spode łba, nie ufając i lękając się siebie nawzajem. „Oni” wytykają „nam” niekontrolowane wybuchy gniewu, krzyki i machanie rękami (uważane w Indonezji za obraźliwe), wygórowane oczekiwania, nieuzasadnione, z ich perspektywy, pretensje. „Nas” zaś irytują codzienne, małe oszustwa, kłamstewka, powszechna niekompetencja, korupcja, nieposiadanie żadnych, realnych praw, postawa, którą uznajemy za bylejakość i lenistwo, a co dla Indonezyjczyków jest po prostu innym rytmem życia. „Białe!” krzyczymy i wkurza nas, że kto inny nazywa to samo czarnym lub żółtym. A tak to wygląda – „my” swoje, „oni” swoje i nijak nie możemy się dogadać, nie dopuszczając do siebie myśli, że być może wszyscy jesteśmy daltonistami.

            Kwestia rozrastającej się przestępczości jest tutaj jak lakmusowy papierek naszych wzajemnych relacji. To kolejny przykład nieporozumienia i przerzucania się nawzajem odpowiedzialnością. Faktem jest, że za napadami i przestępstwami niemal w 100% stoją Indonezyjczycy, a ofiarami są zaś najczęściej ekspaci lub turyści (choć ostatnio coraz częściej zdarza się, że torebki wyrywane są też lokalnym dziewczynom). To wywołuje bardzo niebezpieczne uogólnienia i pretensje. Ekspaci („my”) zarzucają Balijczykom ignorowanie problemu, potworną korupcję policji, ich całkowitą bezczynność, głupotę i lenistwo. Jakiś facet opisał niedawno na fejsbukowej grupie „Bali Expats” historię, jak na komisariacie, gdzie chciał powiadomić o włamaniu, zażądano od niego 100 USD łapówki za wydanie raportu dla ubezpieczenia. Takie przykłady mógłbym mnożyć w nieskończoność. Balijczycy po cichu wskazują jednak, że zanim na ich wyspie nie pojawiła się międzynarodowa społeczność ekspatów, liczona dziś już w dziesiątkach tysięcy ludzi, a Bali nie była zalewana milionami turystów rocznie – przestępczość na wyspie praktycznie nie istniała. Nie można zupełnie odmówić im racji. Instytucja banjaru (zainteresowanych odsyłam do jednego z moich starych artykułów) i silna, przejrzysta struktura społeczna utrzymywała dotychczas mieszkańców wyspy w bezkonfliktowej równowadze, która dziś jest poddawana dramatycznej próbie wytrzymałości.

Co się dzieje? Przez setki lat na Bali pozycja człowieka w społeczeństwie wynikała przede wszystkim z jego kasty, a nie stanu posiadania. Oczywiście, wywodzenie się z wysokiej kasty przekładało się na poziom zamożności, ale bogactwo było bardziej traktowane jako manifestacja statusu, a nie cel sam w sobie. Balijczycy przywiązani byli przede wszystkim do swojej ziemi, rodzinnego klanu oraz banjaru, co z założenia eliminowało nierówności społeczne, a to niemalże eliminowało przestępczość. Rozwijająca się w niekontrolowanym tempie turystyka, miliardowe inwestycje w infrastrukturę hotelową oraz obcokrajowcy (co dla Balijczyków oznacza także mieszkańców innych wysp w Indonezji) wykupujący ziemię pod prywatne wille i posiadłości, sprawia, że wartość ziemi przyrasta na Bali w nieprawdopodobnym tempie. Mówimy tu o skali kilkunastu do kilkudziesięciu procent rocznie! To skłania Balijczyków do sprzedaży ziemi lub oddania jej w najem na całe pokolenia. A to już wywraca stary porządek do góry nogami.

Oto Wayan. Dostał po ojcu dwa hektary ziemi, ma też niewielki dom, trzy krowy i dwa motory. Wayan prawdopodobnie nie ukończył żadnej szkoły, poza kilkoma klasami podstawówki, mówi głównie po balijsku i ma nawet problem, żeby porozumieć się po indonezyjsku (to skrajność, ale się zdarza). Któregoś dnia Wayanowi zapłacono dwa miliony dolarów za jego ziemię. Myślicie, że Wayan zainwestuje swoje miliony w jakiś interes lub chociaż odłoży je do banku, aby zapewnić sobie zysk i godny życie kolejnych pokoleń? Gdzie tam! 90% Wayanów, kierując się wpisaną w swoją kulturę „obsesją statusu” w pierwszej kolejności wyda pieniądze na wybudowanie imponującej świątyni klanowej oraz inne przedmioty będące wyznacznikiem prestiżu: trzy samochody, złoty zegarek, Harley. To nie jest zwykła próżność – to imperatyw kulturowy. W ciągu dziesięciu lat po pieniądzach najprawdopodobniej nie będzie już śladu, ziemia i jedyne źródło dochodu zostało sprzedane, a kolejne pokolenie będzie miało poważny problem, żeby utrzymać zarówno siebie, jak i rodzinne tradycje. W tym samym czasie, na sprzedanej ziemi wybudowanych zostało kilkanaście willi lub hotel warty dziesiątki milionów. Być może córka Wayana będzie tam pracować jako sprzątaczka. Taka sytuacja rodzi frustracje, a frustracja pcha do nieprzewidzianych zachowań.

To nie Balijczycy jednak stoją za włamaniami do willi czy napadami na turystów. Ta sama „obsesja statusu”, która każe im wydawać większość dochodu na ceremonie religijne i gadżety będące demonstracją jego pozycji społecznej sprawia, że są oni niezwykle dumni i trudno im znieść upokorzenie, jakim jest przyłapanie na przestępstwie. Takie sytuacje wciąż jeszcze zdarzają się naprawdę rzadko. Najczęściej przestępcami okazują się tani robotnicy ściągani na Bali z Jawy, Sumby, Timoru czy Sumatry. Fatalnie opłacani, zakwaterowani w zbitych z dykty barakach, traktowani z góry przez samych Balijczyków, zostają wyrwani ze swoich wiosek lub slumsów Dżakarty czy Surabaya i wrzuceni w świat, który dotychczas widzieli tylko w telewizji, a którego nie mogą dotknąć, mimo że jest przecież na wyciągnięcie ręki. Niewyobrażalne dla nich bogactwo, wille, drogie samochody, białe dziewczęta w bikini (pamiętajcie, że w większości robotnicy ci są muzułmanami), imprezy, alkohol, łatwy seks – dla dla przeciętnego Jawajczyka, który po raz pierwszy ląduje na Bali, jest to większy szok kulturowy, niż dla Pani Kowalskiej, która obudziłaby się nagle na środku Paharganj w Delhi. Średnia dniówka robotnika, który pracuje przy budowie willi za milion dolarów to ok 40.000 INR, czyli niewiele ponad 10 PLN. To mniej niż cena piwa w restauracji, w których stołują się turyści. Podglądając z rusztowań placów budowy życie za murami luksusowych willi, Indonezyjczycy coraz częściej zadają sobie pytanie dlaczego sami nie mogą żyć w taki sposób w swoim własnym kraju i często ulegają pokusie pójścia na skróty. Sami niedawno padliśmy ofiarą kuriozalnego włamania, kiedy do naszego domu w Canggu włamano się podczas…trwającej imprezy, na której bawiło się, lekko licząc, czterdzieści osób! Trudno powiedzieć, czy włamywacz, na którego moja dziewczyna natknęła się w łazience, był tak głupi czy tak odważny (prawdopodobnie jedno i drugie), aby wchodzić przez mur do domu pełnego ludzi, z którego muzykę słychać było w promieniu kilku kilometrów. Mężny idiota nie miał nawet torby czy siatki, w którą mógłby schować te bogactwa, które spodziewał znaleźć w naszym domu – zadowolił się tylko telefonem sąsiada i czmychnął niczym kot w ciemnościach rozciągających się za domem pól ryżowych. Szczęśliwie nic poważnego się nie stało, ale historii o włamaniach z pobiciem lub nawet gwałtem słyszy się ostatnio coraz więcej. Oczywiście dotyczy to w 95% ekspatów żyjących w otwartych willach, gdzieś na uboczu, bo turyści w hotelach są bezpieczni.

Służby porządkowe banjaru – Pecalang, nie radzą sobie już z zadaniem ochrony terenu ich własnej wioski z prostej przyczyny – na południu Bali niemal wszędzie trwają już jakieś budowy i pełno jest sezonowych robotników, którzy znikają po zakończeniu pracy. To zupełnie nowa sytuacja, w której nie sposób rozpoznać wszystkich ludzi kręcących się po okolicy. Jeszcze cztery, pięć lat temu,  w takim Canggu czy Umalas, nie było możliwości, aby obca osoba nie zwróciła na siebie uwagi – dziś jest już to zupełnie poza czyjąkolwiek kontrolą. Potrzebne jest nowe podejście do problemu, kompleksowe rozwiązanie, głęboka debata.

Indonezyjczycy, a zwłaszcza Balijczycy nie lubią debatować, a jeszcze bardziej nie znoszą, jak udziela im się porad lub zwraca na coś uwagę. Znowu – to kwestia kulturowa; ich duma nigdy nie pozwoli im się przyznać do błędu lub pozwolić się pouczać. Jeśli aresztowany gdzieś zostanie Balijczyk i sprawa przecieknie do mediów – podane będą tylko jego inicjały, żeby nie można było na pewno stwierdzić, że chodzi o rodowitego mieszkańca wyspy. Jak złapią włamywaczy z Jawy lub innej wyspy, to podają ich pełne imiona, ale na zdjęciach będą mieli zasłonięte twarze. Jeśli natomiast policja złapie australijskiego gówniarza z pół grama trawy w kieszeni to dzieciak trafi na okładki wszystkich gazet, a jego nazwisko powtarzać będą media w całym kraju. Oczywiście, z uwagi na karę śmierci za narkotyki, jaka obowiązuje w Indonezji, rodzicie dzieciaka z reguły szybko godzą się na cichą łapówkę i sprawa zostaje zamknięta. Podniesienie kwestii skorumpowanej, zdemoralizowanej policji w dyskusji na temat bezpieczeństwa na Bali jest jednak niemożliwe – najczęściej kończy się warknięciem, że jeśli nam się nie podoba, to możemy wracać, skąd przyjechaliśmy.  Oczywiście, że możemy; co więcej – coraz więcej ekspatów się na to decyduje. Tylko kto będzie wówczas napędzał biznes na Bali, dzięki któremu mieszkańcy wyspy stali się nagle jednymi z zamożniejszych mieszkańców kraju? Bez turystów, bez firm prowadzonych przez ekspatów i inwestujących w ziemię – Balijczycy rozbijający się dziś po wyspie Harleyami musieli by wrócić do uprawiania ryżu i wyplatania ozdób z liści bananowca, do świadomości czego absolutnie nie chcą się przyznać.

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat Balijczycy oraz goście ze wszystkich zakątków świata żyli ze sobą na wyspie w zgodzie, szanując się i ucząc się od siebie nawzajem. Bali to przepiękne miejsce, fascynująca i głęboka kultura, która przez stulecia rozwijała się absorbując nowe elementy docierające do niej ze świata zewnętrznego. Balijczycy zawsze byli jedną z najbardziej tolerancyjnych i otwartych nacji w Azji, praktykujących filozofię życia w równowadze, harmonii z Naturą i innymi ludźmi. Dziś wydaje się, że ta harmonia – ten absolutny rdzeń balijskiej kultury i powód, dla którego miliony ludzi na całym świecie,w tym ja sam, pokochały tą wyspę, jest zagrożony. Przed nami długa droga i trudna walka, aby ocalić ten unikatowy zakątek świata. Potrzebna jest poważna debata na temat ochrony środowiska, gospodarki odpadami, regulacji ilości samochodów, poprawy bezpieczeństwa, wprowadzenia lepszych świadczeń dla pracowników, walki z korupcją. Potrzebny jest plan działania, drogowskaz, jak osiągnąć cel, którym jest Bali – czysta, bezpieczna, autentyczna, rozwijająca się w zrównoważony sposób. Aby tego dokonać, w pierwszej kolejności musimy sobie znów nawzajem zaufać. „My” i „oni”. Przełamać budujący się mur. Z własnego doświadczenia wiem, że nie będzie to łatwe.

-

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.