I znowu kusząca Papua

IMG_0005

Oony ma trzy palce u lewej dłoni, pięć świń, dwa psy i trzy żony. Dwa palce stracił w walce z rannym dzikiem wiele lat temu, świnie i psy to dobytek całego życia, dwie żony natomiast „odziedziczył” niedawno po zmarłych braciach. Pytam Ooniego: jak umarli bracia? Ot, zachorowali i umarli. W dżungli, zwłaszcza tak niegościnnej i nieprzyjaznej człowiekowi, jak ta na Papui Zachodniej tak to już jest. Chorujesz – umierasz. Zranisz się, wda się zakażenie – umierasz. Nie spojrzysz pod nogi, ukąsi cię wąż – umierasz. Nie zdobędziesz żywności, nie rozpalisz ognia, nie zbudujesz schronienia – umierasz. Z głodu, z wyczerpania, spadając z drzewa, na malarię, krwawą gorączkę, tyfus, na cokolwiek – w dżungli umiera się wyjątkowo szybko i na wiele sposobów. Ale można też żyć. Nie jest to życie łatwe, nie z takich co rozpieszcza. Sprowadza się ono do najczystszej esencji, do najprostszej, najbardziej fundamentalnej postaci. Żyć, znaczy przeżyć – temu podporządkowane są wszystkie wysiłki podejmowane przez Ludzi Drzew. Korowajowie są takiego życia niekwestionowanymi mistrzami. Ich czas dzieli się na bezczynność – oszczędność życiowej energii oraz aktywność, zawsze ukierunkowaną na konkretny cel. Złowić rybę. Zastawić sidła. Ściąć sago. Zapłodnić kobietę. Wybudować dom.

Dom? Myślisz: cztery ściany, dach, może jakiś szałas, lepianka? Gdzież tam! U Korowajów domem jest drzewo. Nie byle jakie drzewo oczywiście. Musi być duże, wysokie na co najmniej dziesięć – piętnaście metrów, dobrze gdyby miało kilka silnych konarów, koniecznie musi rosnąć w okolicy rzeki i w miarę blisko dużego skupiska sagowców (palm sagowych, których wnętrze się je). Jak już znajdzie się drzewo i odpowiednie miejsce, to trzeba je teraz wykarczować. Pod kamienną siekierę idzie wszystko, co rośnie w promieniu kilkudziesięciu metrów – inne drzewa, krzewy, wysokie na kilka metrów trawy i paprocie, plątanina lian; absolutnie wszystko. Dopiero teraz można poczuć się bezpieczniej. Dopiero teraz widać jak na dłoni, czy z ciemnej dżungli nie zbliża się czasem jakieś zagrożenie, jakiś laleo – duch zmarłego, albo – co gorsza – człowiek żywy, ale z niecnymi zamiarami. A gdy podejdzie dzika świnia albo zbłąkany kazuar to też łatwiej dostrzec jest potencjalną ofiarę, zakraść się z krótkim oszczepem lub po prostu sypnąć strzałą z wysokiej kryjówki. Teren wykarczowany? To można przystąpić do budowy rumah tinggi (z indonezyjskiego: „wysoki dom.” Od razu zaznaczam, że to nie jest to termin, w narzeczu Korowajów, którzy często nie rozumieją indonezyjskiego). Rzecz jasna nie buduje się go samemu, potrzebna będzie pomoc kilku, a nawet kilkunastu chłopa. Bracia, kuzyni, członkowie całego klanu mają obowiązek wesprzeć w potrzebie. Wcześniej im także pomagano. Trzeba naciąć odpowiednio grubych i sprężystych gałęzi. Mocnego łyka i wiązań z kory nazbierać. Linami ze splątanych lian na wysokie drzewo wciągnąć. Umocować. Zawiązać. Podeprzeć. Zabezpieczyć, żeby podczas snu nie stoczyć się wraz całym domem na pewne połamanie karku. A wszystko to kilkadziesiąt metrów nad ziemią, w koronach drzew, na bosaka i z gołym tyłkiem; nie że jakieś uprzęże i liny. Papuaski kawałek podłogi buduje się z narażeniem życia, ale śmiechu przy tym i żartów co niemiara. Że ten za wolno włazi po drzewie. A pod innym zatrzeszczała niebezpiecznie gałąź. Jaką miał minę! Temu coś na głowę spadło, a tamtemu sikać się na górze zachciało. Kupa radości. Uuuu-eeeeee-ooooo – nawołują się Korowajowie siedzący na drzewach. Uuuuu-eeee-oooo – dom budujemy. Pach – pach; kilka uderzeń kamiennej siekierki lub – znak czasu – maczety,  i nad drewnianą platformą wznoszą się ściany i zadaszenie z gałęzi i kory. Mchem uszczelniane, łykiem powiązane. A pod nim rozpala się później ogień. Zupa się gotuje – z tej jednej, jedynej ryby, którą wcześniej ktoś złapał; placki z sago się pieką. Na podłodze wyściełanej liśćmi leżą ludzie, ktoś śpi, ktoś pali. Życie trwa.

Życie, które drastycznie się zmienia. Świat Korowajów powiększa się, zmienia nie do poznania. Perspektywę domu na drzewie, najbliższej rzeki, klanu zastępuje perspektywa całego lasu, innych klanów, plemion, tego, co za lasem; na wpół mitycznego, nigdy nie widzianego „tam”, skąd od czasu do czasu przybywają do nich dziwni goście. Gdy nasz świat globalizuje się i błyskawicznie się zmniejsza, ich świat gwałtownie poszerza granice do niewyobrażalnych wcześniej rozmiarów. W jednym tylko pokoleniu spotykają się ludzie, którzy praktykują kanibalizm i  nie widzieli nigdy białego człowieka oraz tacy, którzy stają twarzą w twarz z realiami XXI wieku i zaczynają pożądać jego gadżetów. Jeszcze trzydzieści lat temu większość Korowajów uważała, że są jedynymi istotami ludzkimi na świecie, który ograniczał się do otaczającego ich lasu. Dziś część z nich prowadzi przez dżunglę ekspedycje przybywające z miejsc, których nazwy dla nich nic nie znaczą. Ale wiedzą już, że gdzieś tam są. Bali. Anglia. Polska. Chiny. Abstrakcja.  Ludzie Drzew z czasem zaczynają z drzew schodzić i wkrótce szukając ich nie trzeba już będzie zadzierać głów wysoko do góry.

Dwa tygodnie temu wróciłem z kolejnej wyprawy do Korowajów na Papui Zachodniej. Była to moja okrągła, dziesiąta już wyprawa na Papuę i szósta do Ludzi Drzew. W ciągu ośmiu lat poznaliśmy się z Korowajami dobrze; ja ich, a oni mnie. Na pewien sposób zaufaliśmy sobie nawzajem – ja zawierzałem im swoje życie podczas kolejnych wypraw, oni zaakceptowali moją cykliczną obecność i wręcz uznali, że mogę współdecydować o ich życiu. W wiosce, z której co roku biorę tragarzy i zapasy na kolejne ekspedycje, zdanie Thoniego – mojego wieloletniego przewodnika i towarzysza wypraw oraz moje, liczy się niemal tak, jak starszyzny klanowej. Jesteśmy swoi, z wnętrza kręgu, możemy jeść z paleniska gospodarza domu. To ogromna odpowiedzialność, po każdej ze stron.

Od lat obserwuję na Papui fascynujące zjawisko. Na moich oczach historia ludzkości kończy swój najwolniejszy, ale i najszerszy zamach. W Afganistanie, na Filipinach, czy w Afryce widziałem historię małą i szybką: upadających prezydentów, zmieniające się ustroje. Na Papui obserwuję historię fundamentalną, totalną, ostateczną. W kolejnych pokoleniach – już nie do odtworzenia. Oto jedna z ostatnich na świecie grup zbierawczo – łowczych, nomadów, nie znających rolnictwa i praktykujących kanibalizm, wchodzi w etap kultury agrarnej i wychodzi z lasu. Taki sam proces zachodził dwadzieścia tysięcy lat temu w Europie. W historii naszego gatunku już nigdy nic podobnego się nie wydarzy – no może jeszcze w Amazonii albo na Kalahari? Nawet tam jednak ta ostateczna zmiana następuje teraz, zakończy się w ciągu jednego pokolenia, po którego odejściu na świecie nie będzie już wyizolowanych, „dzikich” plemion. Powie ktoś, że cywilizacja zabija ostatnie, endemiczne kultury, że to zbrodnia, że należy ich zostawić w spokoju? Tak, endemiczne, wyizolowane kultury nie mają szans na przetrwanie. To smutne. Ale nie, nie uważam, że takich ludzi należy zostawiać w spokoju. Tworzyć ludzkie ZOO, rezerwaty. Moje zdanie na ten temat jest dość kontrowersyjne. I podzielę się nim z Wami w kolejnym wpisie…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.