Noworocznie

1465368_10152030967940902_850345734_n

Miałem pisać o obchodach Nowego Roku na Bali oraz o tym, że niedawne Sylwestrowe szaleństwa nie wszędzie na świecie wyznaczyły nastanie roku 2014. Ale tym zdążę pewnie jeszcze napisać – wszak Nowy Rok na Bali zacznie się dopiero pod koniec marca. Dzisiaj natomiast, korzystając z ostatnich kilku dni pobytu w kraju, mam ochotę napisać coś zupełnie nie podróżniczego, skrajnie subiektywnego i być może zupełnie nieprawdziwego. Mam ochotę napisać o Polsce – a właściwie o tym, jak ją widzę po dwóch latach nieobecności i sześciu latach mieszkania w Azji. Jakkolwiek naiwnie i sentymentalnie by to nie brzmiało – przyjazd do Polski był dla mnie najbardziej oczekiwaną wyprawą tego roku. Nie Papua, Himalaje, rejsy na obrzeżach Pacyfiku ani nawet nurkowanie z rekinami wielorybimi, a właśnie kolejka po zapiekankę z Roti, dobre piwo, telewizja z polskim dubbingiem, domowe jedzenie u rodziców i niedzielne kace po godnej zapomnienia nocy spędzonej z niewidzianymi od tylu lat przyjaciółmi – tego właśnie było mi trzeba! Powoli kończą się moje tegoroczne wakacje. I choć tęsknię już oczywiście za psem pozostawionym u znajomych na Bali, za jazdą na motorze w krótkich spodenkach i plażą rzut kamieniem od wejściowych drzwi do domu, to jednak muszę przyznać, że spodobało mi się nad Wartą/Wisłą.

Rzecz w tym, że Polska nie wydaje się już być tym samym miejscem, z którego zniechęcony wyjeżdżałem sześć lat temu. Nie wiem, czy w ciągu ostatnich dwóch lat od ostatniej wizyty w kraju tak bardzo zmieniło się moje postrzeganie rzeczywistości, czy też faktycznie w Polsce nastąpił jakiś przełom? I nie chodzi o to, że przejechałem się nowymi autostradami, z lotu ptaka widziałem Stadion Narodowy, a w Poznaniu pokłóciłem się z taksówkarzem, bo zamiast na dworzec główny podwiózł mnie pod jakieś gigantyczne centrum handlowe. Polska zmienia się na mój prywatny, subiektywny sposób. Zanim więc powiecie komuś takiemu jak ja, jakie ma szczęście mieszkając gdzieś na końcu świata to pomyślcie o kilku rzeczach, które rzuciły mi się w oczy.

Zmiana pierwsza. Polacy, przynajmniej wśród moich znajomych, przestają narzekać. Rzecz jasna, politycy to nadal złodzieje, a pogoda parszywa i zdrowie już nie takie, ale przynajmniej na hasło „co słychać” nie wymieniamy już litanii niepowodzeń, chorób, pretensji, zarzutów, pełnych zazdrości uwag i gróźb do nieobecnych. Co więcej, okazuje się, że znakomita część mojego pokolenia świetnie sobie radzi, prowadzi interesy, ciekawie pracuje, rozwija się, zarabia i podróżuje, często zresztą odwiedzając mnie w Azji. Na Bali – dla porównania – narzekamy coraz bardziej; na korki, na ceny, na ludzką głupotę, na śmieci i piejące z rana koguty. Nie jest też łatwo na Bali się utrzymać i raz po raz ktoś z balijskiej „starej gwardii” poddaje się, pakuje manatki i wraca skąd przed laty przyjechał.

Zmiana druga. Polska normalnieje. Ot, poszedłem do urzędu załatwić różne papiery. Patrzę i oczom nie wierzę. Kolejka jedna, nikt się nie wpycha, nie szturcha łokciem, nikt nie kombinuje jak tu załatwić szybciej, głośniej, kosztem innego. Pani w okienku z uśmiechem udziela mi konkretnych informacji, każe stawić się za trzy dni i nawet nie oczekuje ode mnie żadnych dodatkowych płatności. Niebywałe. Najlepsze jednak było to, że gdy po trzech dniach stawiłem się do rzeczonego urzędu – wszystko było gotowe i jak trzeba. Toż to przechodzi ludzką wyobraźnię! Na ulicy też ludzie jacyś bardziej sobie życzliwi i nawet w tramwaju nikt nie patrzył na mnie bykiem. W Indonezji wyprawa do jakiegokolwiek urzędu to gehenna, nalani urzędnicy w mundurach trzymają nogi na stole i wyciągają łapska po kasę za samą możliwość wysłuchania petenta. Nawet po kwit parkingowy lepiej czasami wybrać się z własnym prawnikiem.

Zmiana trzecia. Rzecz to pewnie gustu, ale Polska ładnieje. Nie każdemu musi się podobać nowy dworzec w Poznaniu, czy fontanna na poznańskim Placu Wolności (nie podoba mi się), ale odnowione kamienice, wysyp małych knajpek, kawiarni i galerii w dzielnicach, gdzie za rogiem wcześniej można było znaleźć co najwyżej sklep monopolowy – już tak. Wydaje się, że miasta w Polsce odżywają, że coraz więcej przestrzeni zagospodarowane jest przez ludzi i dla ludzi. To miłe, że Poznań, Warszawa, czy Gdańsk w coraz mniejszym stopniu ustępują atrakcyjnością Berlinowi, Amsterdamowi czy Kopenhadze.

Zmiana czwarta. Polska jest tania. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to sprawa najbardziej kontrowersyjna i już słyszę cierpkie komentarze. A jednak z mojej perspektywy to, czego najbardziej mi na Bali brakuje, jest w Polsce tanie. Przykładowe ceny: najtańsze wino w sklepie kosztuje na Bali 100 PLN, pijalne wina zaczynają się od 200 PLN. Kiepskie pieczywo ok 10 PLN, sery i nabiał są dziesięciokrotnie droższe niż tutaj. Po sześciu latach w Azji nie samym ryżem człowiek żyje, a więc zakupy spożywcze w Polsce to czysta radość i brak pohamowania. Wielkie Żarcie. Inny przykład – za średniowieczny internet w domu, o oszałamiającej prędkości 1 mbs na Bali przyjdzie nam zapłacić 300 PLN miesięcznie. Gdy udałem się z winem do sąsiadów w Poznaniu, aby podziękować im za udostępnienie mi hasła do swojego internetu, okazało się, że wino to jest dwukrotnie droższe niż miesięczny abonament za szybkie łącze, milion kanałów w kablówce i telefon stacjonarny. To daje do myślenia.

Zmiana piąta. Pociągi. Skorzystałem z toalety w PKP (i nie było to intercity)! Było czysto, był papier, było mydło, ciepła woda, a na ścianie obrazek z górskim krajobrazem. Do dziś nie mogę wyjść z szoku; pewna epoka się dla mnie skończyła, aczkolwiek traumy z kolejowych wycieczek z dzieciństwa pozostały.

Zmiana szósta. Piwo. Kiedy wyjeżdżałem z Polski w barach niepodzielnie królował Lech, Tyskie, Warka lub Żywiec. Wszystko to jest lepsze od indonezyjskiego Bintanga lub ciepłego i rozlewanego w Azji Guinnessa, ale gdy zostałem zaprowadzony do maleńkiej piwniczki na poznańskich Jeżycach, gdzie starszy facet miał do zaoferowania ze trzydzieści gatunków lokalnego piwa i drugie tyle nalewek własnej roboty – poczułem się jak bohater „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha. Wątroby by nie starczyło, aby wszystkiego spróbować, ale była to miła odmiana, która – jak się okazuje – dotyczy większości lokali w mieście.

Kolokwialnie rzecz ujmując – fajnie jest w tej Polsce, a wymieniłem przecież tylko kilka banalnych przykładów. Mam nadzieję, że czujecie to na co dzień, a nie jest to tylko spaczona perspektywa wygłodniałego małosolnych ogórków emigranta, odwiedzającego kraj raz na dwa lata. A ponieważ zaczął się właśnie Nowy Rok – to tego Wam życzę. Życzę Wam, żebyście każdego dnia czuli, że żyjecie w piękny sposób, w pięknym miejscu i otoczeni pięknymi ludźmi. I żebyście mogli jak najwięcej podróżować po świecie szukając inspiracji do nowych pomysłów na życie w Polsce lub poza nią. Szczęśliwego Nowego Roku!

Ps. W niedzielę wracam już do Indonezji, zatem od przyszłego tygodnia zOrientowany wraca już do cotygodniowych korespondencji na bardziej egzotyczne tematy. Do zobaczenia!

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.