Biała, czarna – magia sympatyczna i ta zupełnie niesympatyczna.

IMG_0183

Jakiś tydzień przed świętami lokalne gazety doniosły, że w pobliżu Banyuwangi we wschodniej Jawie aresztowano faceta rozkopującego groby i wykradającego z nich ludzkie szczątki. Bijącym go na komisariacie policjantom wyznał w końcu, że potrzebował ludzkich głów, piszczeli i świeżych jeszcze żołądków, serc i oczu jako magicznych artefaktów, niezbędnych do zaklęć, dzięki którym miał stawać się niewidzialny i móc latać w powietrzu. Mimo obaw lokalnej społeczności, niedoszłemu czarownikowi nie udało się zbiec na miotle, ani pozamieniać pilnujących go strażników w żaby, a nawet żadna kula ognista nie stanęła na przeszkodzie aby go sprawiedliwie zlinczować. Ponoć pochowano go potem na tym samym cmentarzu, który wcześniej sam okradał. Ten, bogaty w makabryczne szczegóły artykuł, przypomniał mi sytuację sprzed roku lub dwóch, gdy jeden z moich pracowników, z wypiekami na twarzy pokazywał mi na komórce film, który od kilku dni elektryzował pół wyspy. „Zobacz boss” – mówił – „Niedaleko mojej wsi w Karangasem walczyło ze sobą dwóch leyaków! (ludzi parających się czarną magią) Z jednego została tylko kupa zwęglonych kości! Mój kuzyn nagrał film, który pokazali w telewizji!” Faktycznie film pokazano w jednej z tych bardzo-bardzo lokalnych stacji telewizyjnych, które w przerwach między blokami reklamowymi proszków do prania i kawy w saszetkach nadają relację z modłów w okolicznej świątyni oraz koreańskie seriale. Materiał ukazywał głównie ciemność i jakieś rozbłyski, zupełnie jakby w oddali ktoś odpalał fajerwerki; a co jakiś czas w kadr wchodziła twarz operatora, który kierował na siebie kamerę chcąc przerażoną miną oddać grozę syutuacji, którą filmował. Jakość i autentyczność nagrania nie miała większego znaczenia, grunt, że na okolicę padł blady strach, a autor filmu pękał z dumy i uchodził za nieustraszonego bohatera, niemalże postać z wedyjskich eposów w stylu Ramajany.

Myślenie magiczne to jednen z ciekawszych aspektów kultury azjatyckiej, występujący niemalże w każdym zakątku Azji, a na Bali w szczególności. Niezależnie od nieprawdopodobnego wręcz postępu technologicznego i cywilizacyjnego w Azji, jej mieszkańcy do dziś silnie wierzą w magię, boją się jej i chętnie po nią sięgają chcąc się przed czymś uchronić, coś uzyskać lub komuś zaszkodzić. Nie ważne, czy mówimy o mieszkańcach ogromnych metropolii typu Hong Kong, Dżakarta, czy Singapur, czy też znajdziemy się na azjatyckich peryferiach w górach Laosu lub papuaskiej wiosce: świat magiczny w Azji istnieje równolegle wobec świata i-padów i internetu i czasami objawia się w kuriozalny sposób.

Dla Balijczyków magia jest integralną częścią codzienności. Mieszkańcy wyspy wierzą, że każdy człowiek posiada pewną magiczną energię, swoisty potencjał magii, zwany śakti. Niektórzy mają jej więcej, inni mniej, a bardzo niewielu potrafi ją ujarzmić i z niej korzystać. Nieliczni, u których objawiają się nadprzyrodzone zdolności jak telepatia czy manipulowanie energią, oddają się pod opiekę niezależnych mistrzów i po latach nauki stają się balianami – balijskimi uzdrowicielami i duchowymi doradcami. Ponieważ swoje umiejętności traktują jako dar od bogów, za swoją posługę nie żądają żadnej zapłaty i nigdy, przenigdy nie wykorzystają swoich mocy na czyjąkolwiek szkodę. Mają też absolutny zakaz przepowiadania przyszłości, mimo, że ponoć ją znają.

 Baliani cieszą się oni na wyspie ogromnym szacunkiem, a Balijczycy przychodzą do nich na konsultacje w każdej, dosłownie, sprawie. Czy dziewczyna, z którą spotyka się mój syn nadaje się na żonę? Czy ta krowa, co ją zamierzam kupić będzie się dobrze cielić? Kiedy najlepiej skremować babcię? Czy powinenem robić biznes z tym facetem? W takich przypadkach Balian poprosi o podanie imienia osoby, którą chce się „sprawdzić” i rozpisze „energetyczną mapę” jego relacji z otoczeniem i nami. Dowiemy się więc jakie intencje ma dana osoba wobec nas, w jakich relacjach pozostaje on z innymi i czy w jego otoczeniu czai się dla nas jakieś zagrożenie. Balianowie proszeni są o pomoc w leczeniu różnych przypadłości i chorób, z którymi nie radzą sobie konwencjonalne szpitale i lekarze. Często okazuje się wtedy, że przyczyną choroby jest urok, a balian nie tylko ma umieć odwrócić jego efekt za pomocą odpowiednich ceremonii, ale też jednoznacznie wskazać osobę, która ten urok rzuciła.

Jeden z najpotężniejszych dziś balianów – osiemdziesięcio paro letni pak Gero Dama przez całe lata był duchowym doradcą samego prezydenta Suharto, a na konsultacje do Dżakarty czy Medan wzywali go także generałowie, artyści, a nawet dyrektor jednego banku (niestety nie posłuchał rad Gero Damy, nie przestał kraść i w końcu posadzili go za korupcję). Gero Damę miałem okazję poznać dość dobrze osobiście; co więcej – jest on poniekąd patronem mojego związku z Justyną, której podczas konsultacji dotyczącej czegoś zupełnie innego powiedział, że jest między nami energia (haha, Justyna zarzucała mi potem, że zapłaciłem facetowi, żeby tak powiedział!). Gdy byłem u niego po raz pierwszy wypaliłem z nim w milczeniu paczkę najcięższych kreteków (papierosy goździkowe), jakich kiedykolwiek próbowałem, po czym usłyszałem od niego o sobie takie rzeczy, których on nie miał prawa o mnie wiedzieć, ja nie chciałem ich o sobie usłyszeć, a o których wiedziałem, że są prawdą. Nic przyjemnego.

Najsłynniejszym balianem na świecie, dzięki filmowi „Jedz, módl się i kochaj” jest poczciwina Ketut z Ubud, z którym Julia Robers poszukiwała recepty na miłość i szczęście. Dziadek mówi o sobie, że ma już „sto lat….a może osiemdziesiąt sześć?” i gmerając w kilkuset-letniej księdze z magicznymi symbolami każe się wszystkim dużo uśmiechać, mówiąc, że „miłość nadejdzie.” Co ciekawe, Ketutowi do dziś płaci się w kurach, workach ryżu, fasoli lub ewentualnie walutą; co łaska. Tymczasem amerykańskie turystki w wieku „średnim ++”, które od czasu premiery filmu tłumnie walą na Bali w poszukiwaniu miłości, płacą za indywidualne sesje z Ketutem grube tysiące dolarów. Niestety Ketut o tym nie wie, a nawet jeśli wie to skutecznie udaje. Wszystkie odchodzą jednak z mniej więcej tą samą, poniekąd piękną w swej prostocie, poradą: „Siedź i się uśmiechaj. Uśmiechaj się twarzą, uśmiechaj się umysłem, uśmiechaj się żołądkiem.” BUM! Tysiąc siedemset dolarów proszę! :)

Istnieje również ciemna strona balijskiej magii; okrutna i wywołująca w ludziach paniczny strach. Ale o tym dokończę już w następnym wpisie. Do zobaczenia!

Ps. Na zdjęciu: pak Gero Dama i jego uczeń Astika.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.