Azjatycka ciemna strona mocy

101_4206

Ciemna strona balijskiej mocy związana jest – jak u klasyków z Gwiezdnych Wojen – z gniewem, strachem, egoizmem, zazdrością i żądzą potęgi. Przeciwieństwem poczciwego baliana Ketuta, o którym pisałem w ostatnim wpisie, jest leyak – mistrz czarnej magii; postać na myśl o której przeciętnemu Balijczykowi znika uśmiech z twarzy, a po plecach przebiegają zimne dreszcze. Zazdroszcząc mocy bogom, leyakowie zawiązują pakt z Randgą – Królową Demonów, Pożeraczką Dzieci, Panią Ciemności; która staje się ich patronką i źródłem magicznych mocy. Swoją śakti – magiczną energię – wykorzystują do własnych, egoistycznych celów – wzbogacenia się, przejęcia kontroli nad czyimś umysłem – i nie wahają się użyć jej do wyrządzenia komuś krzywdy. W przeciwieństwie do balianów, leyakowie nie potrzebują wieloletniej nauki i praktyki pod okiem mistrza – swoją potęgę rozwijać mogą drogą „na skróty” – poprzez odprawianie zakazanych rytuałów nekromanckich lub wykradanie starożytnych manuskryptów z potężnymi zaklęciami, które przechowywane są w najważniejszych, balijskich świątyniach. Balijczycy panicznie się ich boją, bo leyakowie mają mieć zdolność rzucania uroków, zsyłania chorób, nieurodzaju, a nawet śmierci.

            Kiedy w balijskiej wiosce ktoś nagle zachoruje, albo wydarzy mu się jakiś dziwny wypadek – w pierwszej kolejności podejrzenie pada na leyaka. Krewni chorego sprawdzają, czy nie był on z kimś w jakimś konflikcie, czy w jego otoczeniu, w całej społeczności nie ma na pewno osoby, która mogła by rzucić, lub zapłacić leyakowi za rzucenie na niego uroku. Jeśli osoba taka się znajdzie… cóż, postawiona zostanie w dość niekomfortowej sytuacji. Człowiekowi oskarżonemu o praktykowanie czarnej magii jest bowiem bardzo trudno się obronić; tym bardziej, że to on musi udowodnić, że żadnych zaklęć nie rzucał. Domniemanie niewinności nie ma tutaj żadnego zastosowania. Balianowie i uzdrowiciele, do których Balijczycy do dziś zwracają się po medyczną konsultację w pierwszej kolejności, potrafią uroki rozpoznać, zdjąć, a nawet wskazać osobę, która za nimi stoi. Niemal każdy znany mi Balijczyk opowiadał mi historię, jak to lekarze w szpitalu pozostawali bezradni wobec niewytłumaczalnej choroby i dopiero interwencja baliana okazała się skuteczna. Czasami podejrzenie o bycie leyakiem lub o konszachty z ciemnymi siłami ciągnie się za człowiekiem latami, silnie odbijając się na jego relacjach z ludźmi, a w skrajnych przypadkach doprowadzając nawet do  wykluczenia z banjaru, lokalnej społeczności. Dla Balijczyka jest to gorsze niż śmierć, gdyż oznacza to brak dostępu do świątyń i ceremonii, utratę praw do ziemi, duże kłopoty z zawarciem ślubu przez jego dzieci, a co najważniejsze – prawdopodobnie nie zostanie on skremowany, co jest niezbędne, aby odrodzić się w kolejnym wcieleniu. Pokłóciłeś się z kimś, nawrzeszczałeś na kogoś publicznie albo – nie daj Boże – dałeś komuś w gębę? To módl się chłopie za jego zdrowie i nawet kurę jakąś złóż w ofierze, bo jak osoba ta zachoruje lub choćby złapie silniejszy katar to będzie trzeba się gęsto tłumaczyć!

            Jedną z właściwości leyaków ma być ich umiejętność przybierania różnych postaci. Na niższych poziomach arkanów magicznych czarownik może przeistoczyć się w psa lub małpę; na najwyższych zaś – w latającą kulę ognistą, demona, a nawet przybierać postać konkretnych ludzi lub – o zgrozo – zamienić się w przedmiot – nóż, piłkę czy telefon komórkowy. Co ciekawe, zwierzęce postacie leyaków są łatwe do rozpoznania, bo psy i małpy mają mieć gorejące nocą oczy oraz być… łyse! Biorąc pod uwagę ilość bezpańskich psów na Bali – wygłodniałych, chorych, a przez to wyliniałych, z resztkami sierści – można by uznać, że czarną magią para się na wyspie co najmniej połowa mieszkańców.

            Pamiętacie mojego przyjaciela Ekę – Amerykanina, który przeszedł na Hinduizm i stał się pełnoprawnym Balijczykiem? Pisałem o nim w jednym z poprzednich wpisów. We wczesnych latach swojego mieszkania na Bali postanowił on empirycznie sprawdzić siłę wiary Balijczyków w magiczne zwierzęta. Razem ze swoim kuzynem z Arizony, który akurat go odwiedzał, kupili na lokalnym targowisku małpę i (obrońcy zwierząt proszę, nie czytajcie dalej i wierzcie mi – nie miałem z tym nic wspólnego i potępiam to stanowczo!)… ogolili ją na łyso w samochodzie. Później wypuścili ją cichcem pośrodku wsi, w której mieszkał Eka. W ciągu kilku minut cała społeczność wpadła w nieopisany popłoch. Zabiły alarmowe gongi (te, których na co dzień używa się na wypadek pożaru lub nadciągającego tsunami), a mieszkańcy złapali za co mieli pod ręką – widły, bambusowe kije i maczety – i dalejże, w pogoń za demonem! Przerażone zwierzę desperacko uciekało przed tłumem, raz po raz wskakując przez okna do domów, z których w panice wybiegały jeszcze bardziej przerażone kobiety z dziećmi na rękach i z co cenniejszym dobytkiem w garści. Psy ujadały wściekle, w powietrzu fruwało pierze kur rozganianych kopniakami, a uzbrojona czeladź robiła się coraz liczniejsza. Bogom dziękować – małpie udało się uciec. Eka z kuzynem zarykiwali się ze śmiechu, obserwując całą scenę ukryci bezpiecznie w samochodzie. Nie długo mu było jednak do śmiechu. Jeszcze tego samego dnia rada banjaru uznała, że rajd łysej małpy przez wieś to zły omen i trzeba odprawić dużą ceremonię puryfikacyjną. Ściągnięcie wysokiego rangą kapłana z miasta, ofiary, sama ceremonia – Ekę, jak każdą głowę rodziny we wsi kosztowało to ładnych parę stów dolarów. Oczywiście Eka nigdy się nie przyznał, że miał coś wspólnego z objawieniem się „demona” we wsi. Jeśli będziecie kiedyś na Bali to nie wydajcie go proszę.

            Magia miewa też dużo bardziej utylitarne zastosowanie. Jednym z popularnych zabiegów magicznych na Jawie, o którym opowiadają nawet gwiazdy indonezyjskich talk show w telewizji, jest susuk. Jest to forma najprostszego uroku, pod wpływam którego osoba rzucająca lub zamawiająca zaklęcie staje się niezwykle atrakcyjna w oczach wybranej osoby lub grupy osób. Z rytuału tego korzystać mają celebryci i politycy, ale największą rzeszą zainteresowanych magicznym „naciągnięciem” swojego wizerunku są….

No kto?

Prostytutki, rzecz jasna.  To ponoć gwarancja „udanej” nocy i ostatni zabieg po dobraniu kuszącej bielizny i odpowiedniego make up-u. Uważajcie więc amatorzy nocnych przygód w Dżakarcie czy w Kucie na Bali, bo czasami nawet najmocniejsze postanowienie grzeczności okazuje się bezradne wobec czarnej magii. Pytanie tylko, czy małżonka uwierzy w magię? Albo lekarz kliniki chorób wenerycznych?

            Najprostsze formy myślenia magicznego napotkać też możecie podczas wakacji w Tajlandii. Zauważyliście, że większość Tajów nosi przy sobie różnego rodzaju talizmany? Wystarczy wybrać się na którekolwiek targowisko przy buddyjskich świątyniach Bangkoku lub Chang Mai, aby przekonać się o sile wiary w ich ochronne i „przynoszące szczęście” mocach. Podobnie zresztą w Chinach, Wietnamie, Malezji czy Singapurze.

Bardzo ciekawe formy magiczne można napotkać w górach na północy Tajlandii, a bardziej Laosu, Kambodży i Birmy. Zamieszkujące je endemiczne plemiona – Karenowie, Hmongowie, Mien, Lisu, Lahu, Agha i inne, wyznają animizm i do dziś praktykują fascynujące rytuały związane z narodzinami, śmiercią, zbiorami, zmianami pór roku itd. Szamani, uzdrowiciele, duchy przodków, krwawe ofiary ze zwierząt, a w przeszłości – nawet z ludzi – to bardzo silny element kultury tych niezwykłych, wciąż jeszcze dość wyizolowanych grup. Wejścia do klasycznej wioski Hmongów strzegą na przykład drewniane „bramy duchów” obwieszone dzidami, tarczami i innymi, militarystycznymi artefaktami, które mają strzec wioski przed dostępem złych duchów. Na jednej z bram w północnej Kambodży widziałem nawet wystrugane z drewna kałasznikowy! W innej wiosce pokazano mi z kolei imponujący, drewniany labirynt, po środku którego ułożono dary z ryżu, mięsa i ryżowego wina. Duch, skuszony przynętą, miał wejść do środka i już się z niego nie wydostać, dzięki temu stając się niegroźnym dla mieszkańców wioski. Nie najbystrzejsze są te duchy.

Parę lat temu, podczas trekkingu do terenach Agha w północnym Laosie, przydarzyła mi się ciekawa przygoda. Prowadząc prywatną grupę po górach, zignorowałem znak na drodze, który zabraniał wstępu do wioski. Trwał w niej akurat pogrzeb i szaman odprawiał ważny rytuał magiczny mający pomóc duchowi zmarłego tragicznie chłopaka „oderwać się” od świata żywych. Cały teren wioski został na ten czas otoczony magiczną barierą – a dosłownie głęboką linią na piasku i ułożoną z kamieni – której nie wolno było przekroczyć w żadną stronę, aby nie zniweczyć efektu ceremonii. Oczywiście nie wiedziałem o tym i radosnym krokiem wkroczyłem na główny plac osady, zaintrygowany dochodzącą stamtąd muzyką i głosami. Nie zostałem bynajmniej ciepło przywitany. Na szczęście rytuał dopiero się zaczął i nie zepsułem wiele. Musiałem jednak zostać we wiosce przez kolejne dwa dni, aż do zakończenia ceremonii. Pierwszego dnia składało się na nią czuwanie przy zmarłym, obmywanie go i przynoszenie mu drobnych podarunków, które zostawiało się u stóp witającej gości przed domem żony nieboszczyka. Po drewnianej izbie krążyła pomarszczona kobieta, paląca coś w metalowej i długiej fajce i inwokująca tajemnicze zaklęcia. Mężczyźni siedzieli zaś w kucki dookoła domostwa i rozpijali się tuakiem, ryżowym winem. Drugiego dnia do ofiarnego pala w centrum wioski przywiązano białego bawoła, na którym zmarły miał odejść w zaświaty. Jeden z mężczyzn szybkim ruchem przekłuł mu tętnicę i zwierzę padło w ciągu kilku, bolesnych minut. Mięso i parujące jeszcze wnętrzności natychmiast rozdawano uczestnikom ceremonii, którzy od razu wrzucali je do przygotowanych garów z gorącą wodą. Temu nerki, tamtemu jelita, jeszcze innemu krwawą łopatkę. Serce natomiast, surowe i pocięte w małe kawałki, podano żonie i braciom zmarłego, którzy zjedli je aby przejąc zdrowie i siłę ofiarowanego bawoła. W ten sposób zamknąć się miało koło relacji zmarłego z żywymi  – oni wysłali go bezpiecznie w zaświaty, on zaś obdarowywał ich zdrowiem zabitego zwierzęcia.

Przenieśmy się jeszcze na chwilę na Borneo. Zamieszkujący je Dayakowie także są, a przynajmniej byli w niedalekiej przeszłości, animistami i rozwinęli unikatową formę symboliki magicznej. Tatuaże. Jedne z najpiękniejszych, plemiennych tatuaży na świecie, wykonywane specyficzną techniką – za pomocą zaostrzonego bambusa i kamiennego młotka. Bolesna sztuka i to bardzo.  Każdy z nich oznacza coś innego i wykonywany jest przy określonej okazji. Ceremonia inicjacji, wejście w dorosłość? Tatuaż. Upolowanie pierwszego zwierzęcia? Tatuaż. Pierwsze dziecko? Tatuaż. Pokonanie w walce pierwszego wroga i zdobycie jego głowy? Tatuaż. W niektórych klanach Dayaków i Ibanów tatuuje się kobiety. Po pierwszej menstruacji pokrywa się im czarnym tatuażem zewnętrzną część stóp i dłoni. Ból związany z wykonaniem takiego tatuażu ma symbolizować i przygotować je na ból porodowy. Dla mężczyzn zaś tatuaże mają znaczenie ochronne, podobnie jak barwy, malowane na ciele podczas bitew. Co prawda czasy polowania na głowy na Borneo dawno już minęły, jednak w 1998 roku, podczas krwawego konfliktu między Dayakami a Madurami – muzułmańskimi przesiedleńcami z Jawy, rdzenni mieszkańcy wyspy znów sięgnęli po magiczne znaki ochronne. Ponoć rzucając się do walki z policją i wojskiem chroniącym muzułmanów, Dayakowie malowali swe ciała w pasy, co miało ich chronić przed kulami. Świadkowie tamtych wydarzeń opowiadali o mężczyznach, którzy w bitewnym amoku potrafili zostać kilkakrotnie postrzeleni, ale dalej udawało im się dobiec do przeciwnika i pozbawić go życia. Magia, czy adrenalina?

Zafascynowany tatuażami Dayaków i zawsze skłonny do poświęceń w celach dydaktyczno – poznawczych, postanowiłem zrobić sobie tatuaż Dayaków na plecach. Tradycyjną metodą, taki sam, jaki młodym Dayakom wykonywano podczas ceremonii inicjacji. Jako symbol magiczny miał on oznaczać ochronę przed utratą głowy podczas walki. Spodobała mi się ta symbolika, ot – pomyślałem – będę mieć zawsze łeb na karku. Niestety, magia ochronna Dayaków, najwidoczniej nie działa na białych. Jeszcze podczas robienia tatuażu, gdy wgryzałem się w zaciskany w zębach kijek i kląłem z bólu, w magiczny sposób zniknął mój plecak, a wraz z nim dokumenty, pieniądze i karty. Pomyślałem sobie wtedy, że będę musiał się teraz nieźle naczarować, aby wydostać się z Borneo i ruszyć w zaplanowaną, dalszą drogę na Filipiny. Ale to już inna historia.

Jesteście jej ciekawi? To zostawcie, proszę komentarz pod postem!

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.