Anatomia lepkiej ręki: korupcja, czyli co trzyma Indonezję w trzecim świecie…

Tahanan_Koruptor1

Franz Kafaka w tropikach. Pewnego dnia nasza indonezyjska partnerka w biznesie, została wezwana do URZĘDU. Kto dokładnie wzywał, po co – nie powiedzieli, ale kazali się stawić w Denpasar na rozmowę w sprawie firmy i zatrudnionych w niej obcokrajowców. Czyli nas. Zaniepokoiliśmy się trochę z Anką – moją wspólniczką – bo znając już indonezyjskie realia wiedzieliśmy, że URZĄD dzwoniący w naszej sprawie może oznaczać tylko jedno: bolesne marnotrawstwo czasu oraz poważny uszczerbek stanu konta oraz zdrowia psychicznego. Dziewczyna spędziła pół dnia przebijając się przez korki i ludzką głupotę, aż w końcu wróciła do biura wyraźnie zmęczona i mocno poirytowana. Rzekomo niezapłacone podatki? – próbujemy zgadywać o co, tym razem, chodziło URZĘDOWI – pozwolenie na oddychanie indonezyjskim powietrzem? Opłata klimatyczna dla białych? Na bank próba wymuszenia jakiejś łapówki! A jednak nie. Niespodzianka. Dzisiaj na tapecie URZĘDU było wykształcenie naszej partnerki, a właściwie jego braki. Gdzieś z wyżyn biurokratycznego absurdu spłynęła dyrektywa, zalecająca, aby każdy indonezyjski właściciel biznesu, zwłaszcza związanego z turystyką lub obcokrajowcami, miał wyższe wykształcenie – co najmniej na poziomie licencjatu. Nasza znajoma zakończyła edukację na poziomie naszej matury, a więc dalejże do szkoły, dokształcać się! W trybie pilnym i ekspresowym. Natychmiast. Brzydka, pryszczata pani w URZĘDZIE dała jej numer telefonu do osoby z lokalnego uniwersytetu, która ma koordynować rządowy program dokształcania indonezyjskich przedsiębiorców. Dziewczyna dzwoni natychmiast. Przedstawia sprawę. Słucha. Mina się jej wydłuża. W końcu dziękuje uprzejmie, rozłącza się i wybucha śmiechem. Właśnie postawiono ją przed trudnym dylematem. Jakie studia wybrać? Do wyboru dostała prawo (specjalizacja notarialna), marketing i zarządzanie, nauki polityczne, socjologię i psychologię. Licencjat trwać miałby dwa lata. Albo – i tej opcji dotyczyło 90% czasu rozmowy – dwa tygodnie. Pan rektor specjalnie przylatuje pod koniec miesiąca, żeby powypełniać „indeksy” i podpisać wszystkie papiery. Z uwagi na skierowanie od URZĘDU mogą jej zaoferować specjalną cenę: trzydzieści pięć milionów rupii (około dziesięć tysięcy złotych). Wybrała zarządzanie. Mają jej dać dyplom jeszcze w tym miesiącu. Nasza znajoma zapytała tylko, czy – skoro już ma tyle zapłacić – dadzą jej chociaż trochę ciekawych książek do poczytania? A ja poprosiłem, żeby zapytała jeszcze o zniżki na doktoraty. Z czegokolwiek, bo kulturoznawstwa akurat nie mają. Dr Adam Piotrowski. Brzmi dobrze. Mama będzie dumna. Co prawda chciała, żebym był lekarzem, ale o cenę dyplomu z medycyny wolałem nie pytać, nawet dla żartów. Jeśli ktoś złożyłby mi jakąś ofertę to najbliższego lekarza, którego odważyłbym się odwiedzić musiałbym szukać w Singapurze. A tak ciągle mam jeszcze złudzenia…

Jakiś czas temu byłem świadkiem następującej sytuacji. Gdzieś w okolicach Nusa Dua, przy autostradzie stoi billboard reklamujący jakieś sympozjum, na którym policjanci z całego kraju mają dyskutować o walce z korupcją. Na zdjęciu dwóch wąsatych oficerów z pagonami ściska sobie dłonie. Oboje mają ciemne okulary, wyglądają jak przestępcy z kryminalnego serialu z lat siedemdziesiątych. W tyle ręce wystające zza krat, zwitek pieniędzy i myszy, które z niewiadomego powodu stały się w Indonezji symbolem korupcji. Przed bilbordem zaś grupa Indonezyjczyków pozujących do zdjęcia, wskazujących za siebie i pękających ze śmiechu. Policjanci rozmawiający o zwalczaniu korupcji??! Hahahahaha! Któż wpadł na tak absurdalny pomysł?? Hihihihihi! To przecież równie równie nieprawdopodobne jak zjazd prezesów banków rozmawiających o obniżaniu sobie pensji. Albo delegacja rzeźników udających się na warsztaty wegańskiego gotowania. Policjant zainteresowany zwalczaniem korupcji jest jak słoneczny cień. Sucha woda. Oksymoron. Niemożliwość. Nieprawdopodobieństwo. Nie do pomyślenia. Nie w Indonezji.

W Indonezji korupcja to sprawnie funkcjonujący system. Wypełnia każdą przestrzeń pozostawioną przez słabe, źle zarządzane państwo. Proceder zaczyna się już na poziomie prawodawstwa. Najogólniej można opisać to tak: indonezyjskie prawo jest bardzo ogólne i skonstruowane tak, aby pozostawiać jak najwięcej elementów do swobodnej interpretacji, co jest idealną wylęgarnią korupcjogennych sytuacji. Jeśli w Indonezji zmienia się prawo, pojawiają się nowe przepisy to nie są one ogłaszane w żadnym, powszechnie dostępnym Dzienniku Ustaw – nikt w zasadzie o tym nie wie. Prawnicy, radcy prawni, wszelkiej maści specjaliści i konsultanci często celowo nie informują swoich klientów o zmianach w prawie wpuszczając ich w przysłowiowy „kanał”, z którego będą ich potem wyprowadzali za jeszcze większe pieniądze. Przykład? Jakiś czas temu mój znajomy budował kompleks willi na plaży. Przepisy na Bali mówiły wówczas, że budować wolno w odległości 50 metrów od linii przypływu. Po roku, gdy projekt był już niemal na ukończeniu, na placu budowy pojawia inspekcja z URZĘDU i informuje, że w międzyczasie przepisy się zmieniły i teraz wolno budować 100 metrów od linii przypływu. Te trzy wille mogą zostać, ale tamte cztery oraz restauracja idą do wyburzenia! – powiedzieli mu z wyraźną satysfakcją. Jeszcze tego samego dnia prawnik, który miał być odpowiedzialny za legalną stronę całego przedsięwzięcia zadzwonił do załamanego właściciela propozycją: zapłaci 50 tysięcy dolarów, to urzędnicy podbiją mu projekt z datą wsteczną. Facet zapłacił, prawnik prawdopodobnie wziął z tego działkę bo nigdy już więcej się nie odezwał, ale wille stoją do tej pory.

Indonezja to kraj, w którym nikogo nie dziwi, że urzędnik zarabiający 300 USD miesięcznie jeździ samochodem wartym 100 tysięcy USD. Dlatego też są w tym kraju zawody, za których przywilej wykonywania trzeba uprzednio słono zapłacić. Chcesz pracować w urzędzie imigracyjnym, urzędzie celnym, cywilnym, departamencie infrastruktury, ale przede wszystkim: w policji? Trzeba posmarować. Ile, to już zależy od stanowiska, które chcesz się dostać oraz miejsca, w którym znajduje się URZĄD. Bycie urzędnikiem imigracyjnym na Bali, na przykład, to naprawdę pożądana robota. Czterdzieści tysięcy ekspatów mieszkających na wyspie to niewyczerpalne źródło dochodów. Kończące się wizy, pozwolenia na pracę, mieszane małżeństwa – nic, tylko robić kasę! Wystarczy przejść się jakąkolwiek ulicą Seminyaku, Kuty, czy Sanuru – na każdy roku zobaczyć można „agencje imigracyjne”, specjalizujące się m.in. w przedłużaniu wiz turystycznych. Działa to w wyjątkowo prosty sposób: wjeżdżasz do Indonezji na wizie „on arrival” ważnej na 30 dni, której – teoretycznie – nie można przedłużać więcej niż raz. Oficjalnie zatem powinno się wylecieć z kraju po 60ciu dniach i ewentualnie wrócić po nową wizę. Ale po co gdzieś latać, tracić czas i pieniądze, skoro można pójść do jednego z takich „agentów”, zapłacić 100 USD i mieć problem z głowy? Agent ma zaprzyjaźnionego człowieka w urzędzie imigracyjnym, który w paszport klienta wbija dwie pieczątki: „exit” i „entry.” No i nową wizę, oczywiście. Tym sposobem, mając wizę turystyczną, można w Indonezji mieszkać lata, bez ruszania się z miejsca, a agent i urzędnik nabijają sobie kieszenie. Bardziej złożoną kwestią jest pozwolenie na pracę oraz „ograniczony pobyt” obcokrajowców mieszkających i pracujących w Indonezji na stałe. Tzw. „kitasy” kosztują około 2 tysięcy USD rocznie, a ich wyrobienie to często koszmarnie długi i skomplikowany proces, najeżony biurokratycznymi idiotyzmami. Urząd Imigracyjny, ramię w ramię z kolegami i koleżankami z Urzędu Pracy, co roku organizują regularne „łapanki” obcokrajowców zatrudnionych w indonezyjskich firmach lub prowadzących tu własne interesy, a wszystko po to, by znaleźć jakikolwiek pretekst do pociągnięcia delikwenta po kieszeni. Indonezyjski URZĄD potrafi być cierpliwy i skrupulatny, a jego agenci wychodzą z założenia – poniekąd słusznego – że w tym kraju żaden biznes nie może być w 100% legalny i zgodny z wszystkimi przepisami. Jakaś firma twardo się jednak opiera, a jej właścicielowi wydaje się, że ma wszystkie papiery w porządku? Cóż, zawsze można jakiś przepis zmienić, aby udowodnić upartemu baranowi, że jest jednak w błędzie!

Indonezyjska policja to zdecydowanie najbardziej zdegenerowana służba w kraju. Wynika to z prostego faktu – za dostanie się do policji trzeba zapłacić, i to niemało! Często na nowego „kandydata” składa się cała rodzina – ba! – wioska nawet! Jest to rozsądna inwestycja; warto mieć „swojego” policjanta na wypadek jakichkolwiek problemów w przyszłości. Młody policjant nie dostaje jednak tych pieniędzy za darmo – musi je oddać, więc ma wyjątkowo silną motywację do pracy, zwłaszcza w drogówce, od której przeważnie zaczyna się kariera w policji. Codziennie, o różnych porach dnia, zastępy dzielnych policjantów urządzają „niespodziewane” zasadzki na wszystkich, większych drogach na Bali. Dwudziestu, trzydziestu chłopa, w odblaskowych kamizelkach wyskakuje znienacka na środek ulicy i zatrzymuje każdy pojazd, jak leci. Ha, nie masz kasku! Mandat, albo 5 USD na miejscu. Nie masz prawa jazdy, haha! Świetnie, ok – niech będzie 10 USD. Jesteś zalany w trupa, bełkoczesz coś w nieznanym języku, a wódą wali od ciebie tak, jakbyś już nie miał w organizmie żadnych, innych płynów ustrojowych ? Dyszka, ale jedź ostrożnie… Masz prawo jazdy, dowód rejestracyjny, kask na głowie, a samochodzie nawet znalazłaby się sprawna gaśnica? Psiakrew, to może dasz chociaż na fajki? Najzabawniejszy w tych sytuacjach jest  widok jednego z mundurowych, który siedzi gdzieś z boczku drogi, za plastikowym stolikiem i skrupulatnie zapisuje wszystkie wpłacone sumy. Porządek musi być, trzeba przecież wiedzieć jak to potwem wszystko sprawiedliwie podzielić! Kiedyś, po ostrych targach, udało mi się wynegocjować łapówkę za brak prawa jazdy na 50 tysięcy rupii (ok 5 USD). Okazało się, że w kieszeni miałem same setki, więc policjant grzecznie wydał mi resztę.

Indonezyjczycy na widok policjantów z drogówki mówią „selamat pagi, lima puluh”, czyli „dzień dobry pięć tysięcy.” Najsłynniejszy ostatnio przypadek zaradnego i – w gruncie rzeczy sympatycznego policjanta, możecie zobaczyć tu:

https://www.youtube.com/watch?v=OHT1RKkkS3s

Warto obejrzeć filmik do końca – moment, w którym policjant biegnie kupić piwa z pieniędzy za łapówkę, którą właśnie odebrał, jest bezcenny. Niestety, po publikacji tego filmu na you tube (skąd wielokrotnie go zresztą usuwano), zrobiło się o sprawie na tyle głośno, że balijskie władze nie miały innego wyjścia, jak tylko bohaterów filmu zamknąć, a autora deportować z kraju z zakazem powrotu do Indonezji. Aby uniknąć podobnej kompromitacji w przyszłości, na posterunkach drogówki ustawionych w widocznych miejscach pozawieszano ogromne obwieszczenia: „Wręczanie łapówek to ciężkie przestępstwo i zagrożone jest karą wieloletniego więzienia.” Wręczanie, nie branie. Następnym razem, gdy ktoś nagra ukrytą kamerą policjanta biorącego w łapę i wrzuci film do sieci, de facto opublikuje dowód przeciwko sobie samemu. Genialne w indonezyjskiej prostocie.

Mój przyjaciel Eka, którego możecie znać ze wcześniejszych postów, został kiedyś zatrzymany przez policję w drodze do naszego biura. Nie miał przy sobie dowodu rejestracyjnego, który akurat zostawił na…policji, gdzie miał zostać przedłużony. Młody, nerwowy drogówkarz nie chciał jednak słuchać żadnych argumentów i wyciągał ręce po kasę. Eka wręczył mu kluczyki mówiąc:

Bierz samochód, nic ci nie płacę, ja chcę mandat i do sądu!

-  Ale – policjant wyraźnie zmarkotniał – W sądzie zapłacisz półtora miliona rupii, a ja od ciebie chcę tylko dwieście tysięcy…

- Nic ci nie płacę, dawaj ten mandat!

Gliniarz był oburzony. Nie dość, że nic nie zarobi, to jeszcze będzie musiał odstawić zarekwirowany samochód na policyjny parking w Denpasarze i wypełniać sterty papierów. Motyla noga, że też musiał trafić na tak upartego dziwaka; na dodatek jeszcze mówiącego po balijsku! Diabli nadali!

- OK – powiedział w końcu obrażony policjant – Nie chcesz mi zapłacić, to ja wystawię ci bardzo, bardzo, bardzo duży mandat! I zobaczysz – sędzia każe ci go zapłacić!

- Dawaj – Eka postanowił walczyć do końca – Kiedy mam przyjść na rozprawę?

- Przyjdź w sobotę.

- Ale w sobotę wszystkie urzędy są zamknięte…

- OK. To przyjdź w piątek. O 10 rano.

Eka pojechał. Przed budynkiem sądu, na chodniku siedział mundurowy jegomość w ciemnych okularach za plastikowym stoliczkiem i….zbierał łapówki. Po pięć dyszek za odebranie samochodu z policyjnego parkingu bez widzenia się z sędzią. Ale Eka nie odpuścił. Awanturę zrobił. Miał być sąd to on chce sędziego! I sprawa ma być. Formalna. W końcu zaprowadzili go do jakiegoś pomieszczenia, gdzie był długi stół, kilka krzeseł i godło na ścianie. Sędzia przyszedł spóźniony, w rozpiętej koszuli, z tlącym się jeszcze papierosem.

- Czego dotyczy sprawa??! – wrzasnął wyraźnie zirytowany, że ktoś go tu w ogóle ściągnął – O co chodzi?!

- Chodzi o to, że dostałem mandat za brak dowodu rejestracyjnego, ale niesłusznie, bo oddałem go na posterunku policji do przedłużenia – Eka wyłożył problem bezbłędną indonejsczyzną.

- Za brak kserokopii dokumentu oraz zaświadczenia z komisariatu należy się mandat wysokości 20 tysięcy rupii (2 USD) – sędzia walnął ręką w stół kategorycznie kończąc sprawę. Potem spojrzał jeszcze na Ekę z nieukrywaną złością i wypalił jeszcze:

- Dlaczego, do jasnej cholery, nie zapłaciłeś jak wszyscy, na miejscu, u policjanta?!

Sędziowie nie mają łatwego życia w Indonezji. Pozbawieni zewnętrznej kontroli i wydający wyroki często w oparciu wyłącznie o własną ocenę sytuacji (niezawisłość sądów w Indonezji), samotnie stają przed skomplikowanymi dylematami i trudnymi wyborami. Na przykład: której ze stron przyznać rację, czego najpewniejszym potwierdzeniem jest przyjęcie łapówki? Złożoność tych problemów boleśnie odczuł mój znajomy Szwajcar. W sądzie walczył o prawa rodzicielskie wobec swojego syna, którego zabrała mu indonezyjska żona; uprzednio upewniwszy się, że zabrała też wszystkie pieniądze, do których miała dostęp. Wynajęty prawnik wynegocjował z sędzią kwotę 5 tysięcy USD, za które sprawa miała być definitywnie rozstrzygnięta na jego korzyść. Szwajcar zapłacił. Na kolejnej rozprawie sędzia spóźniał się i Szwajcar wiedział dlaczego – jego kierowca wciąż był jeszcze w sędziowskim gabinecie, gdzie oboje liczyli pieniądze. Po tygodniu zapadł wyrok. Szwajcar przegrał. Prawnik zadzwonił później z informacją, że rodzice jego byłej żony zapłacili 15 tysięcy USD, jeszcze zanim on zdążył zapłacić swoje 5 tysięcy. Ot, i prawniczy węzeł gordyjski rozwiązany. Szwajcar nie widział swojego syna już od ponad roku.

Według Transparency International Indonezja znajduje się w ścisłej czołówce najbardziej skorumpowanych krajów świata, ze wskaźnikiem tzw. indeksu korupcji (corruption perception indeks) na poziomie 3.2 (dla porównania: najmniej skorumpowane państwo świata – Dania, osiągnęła wynik 9.1). Opisane wyżej przykłady to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, uparcie nietopniejącej w tropikalnych wodach oblewających Indonezję. Prawdziwe pieniądze zarabia się dopiero będąc gubernatorem, generałem lub, co najmniej, ministrem. Indonezyjskie media obiegło w ostatnim czasie wiele skandali z najwyższych kręgów władzy. Był generał policji w Dżakarcie, który ustawił gigantyczny przetarg na zakup kilkuset pojazdów. Gdy przyszło po niego KPK (odpowiednik naszego CBA), pan generał zabarykadował się na posterunku, a swoim podwładnym kazał strzelać, aby uniemożliwić jego aresztowanie. W innym przypadku członek współrządzącej partii w indonezyjskim rządzie uciekł do Kolumbii z kilkunastoma milionami USD łapówki, którą miał przekazać jednemu z ministrów. Zanim Indonezyjczycy, w trybie pilnym, dogadali się z Kolumbijczykami o zasadach ekstradycji, niefortunny kurier, którego w końcu do kraju ściągnęły indonezyjskie jednostki specjalne, zdążyć skompromitować oskarżeniami pół gabinetu ustępującego prezydenta Susilo Banbang Yudhoyono. W zeszłym roku sędzia Sądu Konstutucyjnego – Akil Mochtar, płakał, gdy KPK zabierało spod jego domu nowiutką Toyotę Fortunera oraz 250 tysięcy USD w gotówce, które zapłacono mu za zatrzymanie jakiejś ustawy. Innym razem gubernator Kalimantanu poszedł siedzieć za przyjmowanie łapówek za przymykanie oka na nielegalną wycinkę tysięcy hektarów lasu deszczowego. W mediach mówiło się, że zgubiła go chciwość, bo gdyby podzielił się pieniędzmi z centralą w Dżakarcie, dalej siedziałby na stołku, jak gubernator Sumatry, gdzie regularnie wywołuje się pożary lasów, aby stworzyć tereny pod plantacje palmy olejowej. Większość społeczeństwa przygląda się tym aferom i zamieszanym w nie oficjelom niczym bohaterom hinduistycznych eposów lub, co najmniej, hollywoodzkich filmów. Korupcja nie wzbudza powszechnej złości, raczej przygaszony podziw i zazdrość. Indonezyjczycy uwielbiają przeglądać poranną prasę lub oglądać krzykliwą telewizję, cmokając, kręcąc głowami i przekazując sobie nowiny na zasadzie: „a popatrz pan, jak ten i tamten sobie to wykombinowali!”

Skąd w Indonezji tak powszechne przyzwolenie na korupcję? Czy jej korzeni należy szukać w przed kolonialnych systemach władzy, czy wprowadzili ją Holendrzy, a może Japończycy, podczas kilkuletniej okupacji? Wszystko wskazuje na to, że jest to jednak „produkt lokalny”, system wypracowany w niepodległej Indonezji, a do perfekcji doprowadzony przez Suharto, podczas trwającej ponad trzydzieści lat wojskowej dyktatury. Tzw. „nowy porządek” Suharto, mimo, że oparty na skrajnej autokracji zbiegł się w czasie z okresem ekonomicznego boomu w Indonezji, której gospodarka rozwijała się w latach 1965-1998 ze średnią prędkością 6% rocznie. Beneficjentami tego niezwykle dynamicznego rozwoju Suharto uczynił wąską grupę ludzi, którzy z kolei dopuszczali do swoich biznesów tylko tych, którzy udowodnili swoją lojalność. Szkoleni w USA technokraci, zwolennicy państwowego interwencjonizmu, chińscy przedsiębiorcy oraz przedstawiciele armii stanowili trzon odpowiedzialnej przed członkami klanu Suharto elity władzy, która przez ponad trzy dekady kontrolowała indonezyjską gospodarkę. Społeczeństwo było konsekwentnie demoralizowane przykładami z góry, a suhartowski slogan: „Talk Less Do More” (do dziś wykorzystywany w popularnych reklamach), stał się tego ponurym przykładem. Gdy Twoich sąsiadów zabiera w nocy tajna policja – siedź cicho; jak chcesz biznes, to płać dziale, a ogólnie nie gadaj, tylko skup się na robieniu pieniędzy. Nic dziwnego, że dzisiejsze pokolenie indonezyjskich trzydziestolatków tak niechętnie mówi o korupcji i podnosi jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Nawet jeśli pokończyli najlepsze, prywatne szkoły na Zachodzie i mają pełną świadomość sytuacji, zdają sobie sprawę też, że za szkołę i ułatwiony start zapłacili skorumpowani rodzice. Do dziś w urzędach i firmach w Indonezji obowiązuje żelazna zasada „ręka rękę myje.” Każdy, kto się wyłamie z łapówkowego łańcuszka stanowić będzie zagrożenie dla tych, którzy biorą, a więc najprawdopodobniej straci pracę i zostanie zniszczony. Trudno się więc dziwić, że skrót KPK (Komisi Pemberantasan Korupsi – Komisja Zapobiegania Korupcji; odpowiednik CBA w Polsce) na ulicy często zastępowany jest przez KKN (korupsi, kolusi, nepotisme – korupcja, zmowa, nepotyzm). Indonezja ma przed sobą jeszcze długą drogę…

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.