Ludzie Drzew schodzą z drzew.

DSC_1457

Ludzie Drzew schodzą z drzew. To już tylko kwestia czasu. Od siedmiu lat, co roku, szukając Korowajów budujących domy w koronach deszczowego lasu, muszę coraz głębiej i dalej zapuszczać się w papuaską dżunglę. W Mabulu, tam gdzie jeszcze sześć lat temu stał tylko rząd rozklekotanych domków na palach, których mieszkańcy większość czasu i tak spędzali w lesie, dziś połyskuje blacha falista (ten brutalny gwałt na architekturze Trzeciego Świata), a stała populacja wioski uległa potrojeniu. W nieodległej Yanirumie lądowisko małych, misjonarskich awionetek zamienia się w regularne lotnisko, a z kolejnymi samolotami do Korowajów docierają gadżety cywilizacji XXI wieku. Zapalniczka. Koszulka. Tytoń. Stal. Maczeta. Takie przedmioty szybko stają się obiektami pożądania, wchodzą w obszar codziennego życia, zostają docenione, rozpoznane. Inne, jak aparat fotograficzny, czy telefon satelitarny wciąż funkcjonują na pograniczu magii. No bo jakże to – przykładasz coś do ucha, a tam słychać głos innego człowieka? I mówić też można, i ktoś to słyszy? Ileż to razy spotykałem niedowiarków, nieufnie biorących telefon do ręki, a potem rzucających go z przerażeniem na ziemię. Halo? Halloo?

Z robieniem zdjęć u Korowajów też jest różnie; część, zwłaszcza tych starszych, panicznie boi się aparatów i ucieka na sam ich widok. Jeszcze trudniej jest z ideami – chrześcijańscy misjonarze do dziś mają spore kłopoty z uzasadniemiem zakazu kanibalizmu przy jednoczesnym odprawianiu rytuałów, podczas których spożywa się „ciało i krew Chrystusa.” To w końcu jadamy ludzkie mięso, czy nie? Bo my jadamy co najwyżej swoich wrogów, a wy swojego boga… Poza tym czas – Korowajowie nie posługują się żadnym, zestandaryzowanym kalendarzem; upływ czasu mierzą w domach, które budowali. Coś zatem wydarzyło się trzy, cztery domy temu i jest uważane za wydarzenie z bardzo odległej przeszłości. Praktycznie nikt nie wie ile ma lat, bo nikt nie potrafi tego policzyć. Najbardziej niebezpieczne jest jednak nadejście pieniądza. To on wpływa na życie Ludzi Drzew w najbardziej destrukcyjny sposób, a być może nawet sprawi, że kolejne pokolenie nie przetrwa jako grupa. Nic tak nie odbiera niewinności tak szybko jak pieniądze.

Rzeczywistość Korowajów ulega dramatycznej przemianie. W ciągu zaledwie jednego pokolenia od nawiązania pierwszego kontaktu ze światem zewnętrznym, pomiędzy neolitem i współczesnością przerzucony został technologiczny pomost,  po którym coraz więcej członków jednego z ostatnich plemion zbierawczo-łowczych na świecie odchodzi od tradycji i sposobu życia, który bez żadnych zmian praktykowali przez ostatnie dwadzieścia tysięcy lat. Dla Korowajów, choć zdecydowanie nie zdają sobie z tego sprawy, historia nabrała tempa, jakiego prawdopodobnie żadni inni ludzie nie doświadczyli w całej historii ludzkości. W ciągu zaledwie czterech dekad, od kiedy w 1974 roku Peter van Arsdale, jako pierwszy biały człowiek stanął twarzą w twarz z grupą dwunastu Korowajów na południowym brzegu rzeki Eilanden, większość klanów zamieszkujących tereny dostępne łodziami przeszła błyskawiczny kurs XXI wieku. Z epoki kamienia łupanego do epoki lotów kosmicznych. Błyskawiczna podróż w czasie i żadnych pasów bezpieczeństwa do zapięcia. Żadnej akuszerki, żadnej asekuracji, żadnego tłumaczenia. Wczoraj myślałeś, że jesteś jedynym człowiekiem na świecie, dziś oglądasz pocztówkę z Nowego Jorku lub Warszawy.

Wciąż jednak udaje się jeszcze doświadczyć „pierwszego kontaktu”. W ciągu siedmiu lat trzykrotnie uczestnicy prowadzonych przeze mnie ekspedycji byli pierwszymi, białymi ludźmi, jakich widzieli przedstawiciele wyizolowanych klanów Korowajów i Kombajów. Oczywiście, nie było tak, że nie wiedzieli oni o naszym istnieniu; po prostu nigdy wcześniej nie mieli okazji białego spotkać. Za każdym razem jest to niezwykłe doświadczenie, choć, rzecz jasna, dużo bardziej wstrząsające dla samych Papuasów, niż dla nas. Scenariusz „spotkań” przeważnie wygląda podobnie. Docieramy do domu na drzewie, którego mieszkańcy chowają się w lesie. Nasi tragarze negocjują z gospodarzami, czy możemy spędzić noc na ich terytorium. Nawet jeśli wyrażają zgodę, to trzymają się od obozowiska z daleka. Po dwóch, trzech dniach ciekawość zwycięża i kompletnie nadzy faceci z łukami  i strzałami pojawiają się między namiotami. Potem wpatrują się w nas w milczeniu, dotykają twarzy, oglądają z uwagą nos, uszy, próbują zmywać tatuaże na ślinę, z powagą przyjmują tytoń i nabijają się między sobą z tego, jacy jesteśmy dziwni. Potem my im pokazujemy jak działa zapalniczka, a jak latarka, a jak scyzoryk. Oni chwalą się nożami z bambusa i kości kazuara, śmieją się, że nie potrafimy strzelać z łuku. W tym roku spotkaliśmy braci, z których tylko jeden zdecydował się na kontakt. Drugi obserwował nas z bezpiecznego dystansu domu wybudowanego ponad czterdzieści metrów nad ziemią. Dwa światy spotkają się w deszczu, wśród bzyczących kamraów, w pocie kapiącym z czoła. Za każdym razem cieszę się tą chwilą, bo wiem, że takie sytuacje mogą się już nigdy nie powtórzyć.

Ludzie Drzew schodzą z drzew. Nie można już tego zatrzymać; dlaczego zresztą ktoś miałby próbować to zatrzymać? Zazwyczaj, gdy rozpoczynam dyskusję na ten temat, pojawiają się rozgorączkowane głosy. To jedno z ostatnich, dzikich plemion na świecie, trzeba ich chronić! – krzyczą jedni. Trzeba zostawić ich w spkoju, trzymac się od nich z daleka! – mówią inni. Należy tam stworzyć ścisły rezerwat i zakazać wstępu z zewnątrz! – sugerują jeszcze kolejni. A potem sypią się gromy na moją głowę. Że prowadząc wyprawy do Korowajów przyspieszam proces ich cywilizowania. Że komercjalizuję ostatni dziewiczy kawałek naszej planety. Że niszczę kulturę Korowajów poprzez eksponowanie jej wobec świata zewnętrznego. Że jestem pasożyt.

Ciekawe, że nikt nie zapyta czego chcą sami Korowajowie? Na tym zresztą polega największe niebezpieczeństwo związane z wychodzeniem takich grup „do świata” – nikt nie traktuje tych ludzi podmiotowo; od momentu pierwszego kontaktu, zawsze znajdzie się ktoś, kto chce nimi manipulować, kontrolować, decydować o ich losie. Najczęściej są to osoby, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o problemach i potrzebach wyizolowanych plemion. Część chce je nawracać i uważa, że w pierwszej kolejności powinni dowiedzieć się więcej o Jezusie. Przodują tutaj dziwne, amerykańskie kościoły, które nie szczędzą środków na wysyłanie do dżungli misjonarzy rywalizujących między sobą o rzędy dusz „ludożerców.” Inni, piękni w swej naiwności marzyciele, idealizują życie w lesie przeciwko „zgniliźnie” cywilizacji i chcieliby tworzyć ludzkie rezerwaty, odmawiając jednocześnie zamieszkującym je plemionom prawa do rozwoju. Zdecydowana większość natomiast (niestety, w przypadku Korowajów dotyczy to głównie Indonezyjczyków, którzy okupują wyspę) odmawia im jakicholwiek praw i nazywa ich pogardliwie orang-utan (z indonezyjskiego: orang = człowiek, utan = las). Najchętniej całkowicie pozbyliby się grup takich jak Korowajowie, aby pozyskać kolejne tereny pod wycinkę, uprawy palmy olejowej lub kopalnie. Na Papui już funkcjonuje największa kopalnia złota na świecie (należy do amerykańskiej korporacji Free Port), której powstanie w przeszłości wiązało się z przymusowym przesiedlaniem dzięsiątek tysięcy ludzi. Zagrożenie Korowajów jest bardzo realne. (O Freepot Corporation i zbrodniach związanych z działaniem tej firmy będę szerzej pisał innym razem).

Czego zatem potrzeba Korowajom? Moja odpowiedź brzmi: edukacji, podstawowej opieki medycznej oraz uznania ich fundamentalnych praw, w tym prawa własności do ziemi, którą zamieszkują oraz prawa wyboru: czy chcą życia w lesie, czy asymilacji ze światem wewnętrznym. Już słyszę oburzone głosy mówiące, że to oznacza koniec ich oryginalnej kultury, że to zmusznie ich do myślenia  zachodnimi kategoriami, cywilizowanie ich na siłę. Może i tak. Ale przestańmy być naiwni. Kolejne pokolenie Korowajów nie będzie miało najmniejszej ochoty wracać do domów na drzewach i podejmie ryzykowną próbę asymilacji; zresztą – to już się dzieje. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego. Tak, jak my chcemy szybszego, szerokopasmowego internetu, tak samo Korowajowie mają prawo chcieć dostępu do stali, leków czy elektrycznośći. Trudno oczekiwać, że człowiek, któremu przez całe życie ścięcie jednej palmy sagowej za pomocą kamiennej siekiery zajmowało trzy-cztery godziny, będzie dalej chciał się nią dalej używać po tym, jak dostanie do ręki siekierę ze stali, którą to samo drzewo zetnie w piętnaście minut. Proces zmian w społeczeństwach takich, jak Korowajowie, zaczął się już dawno temu i nie ma na świecie siły, która mogłaby to odwrócić. Od globalizacji nie ma ucieczki (wiem, że ryzykuję teraz oberwanie alter-globalistycznym kamieniem w głowę).  Cokolwiek by o tym nie myśleć i nie mówić- świat Korowajów, w takiej postaci, jaką badałem przez ostatnie lata, jest skazany na zagładę i Korowajowie wyjdą w końcu z lasu. Można natomiast – i trzeba, podjąć wszelki wysilek, aby ten proces monitorować i upewnić się, że związane z nim zniszczenia będą jak najmniejsze. Należy dać Korowajom szansę przetrwania w świecie nieporównywalnie bardziej niebezpiecznym i bezwzględnym niż dżungla.

Największym wyzwaniem dla przetrwania Korowajów jako zintegrowanej społeczności jest wprowadzenie do ich życia kultury pieniądza. Całe plemię to może trzy tysiące ludzi żyjących w totalnej izolacji; ludzi którzy nie rozwinęli nawet kultury agralnej. Oznacza to, że nie potrafią niczego zasadzić, zebrać plonów, hodować zwierząt – podstawę ich pożywienia stanowi tylko to co znajdą (sago, dzikie owoce, larwy) lub upolują (ryby, ptaki, dzikie świnie). To właśnie sprawia, że Korowajowie są nomadami – jeśli żywność skończy się w jednym miejscu, przenoszą się i budują dom na drzewie w innym. Rząd indonezyjski próbuje zachęcić Korowajów do osiadłego trybu życia poprzez budowanie im darmowych domów w wioskach takich jak Yaniruma.

Nikogo jednak nie interesuje fakt, że Korowajowie są do osiadłego trybu życia zupełnie nie przygotowani. W sytuacji, w której żywność wokół wiosek szybko się wyczerpuje, ich mieszkańcy zmuszeni są albo do porzucania domów i powrotu do lasu, albo do kupowania żywności od zapuszczających się od czasu do czasu w górę rzeki indonezyjskich kupców. Problem w tym, że Korowajownie całkowicie nie znają wartości pieniądza oraz – co czyni ich sytuację jeszcze trudniejszą – nie są wstanie pieniądza w żaden sposób generować. Korowajowie są pod tym względem zupełnie jak dzieci – choć może trudno w to uwierzyć, ale w ich społeczności ciągle jeszcze niezwykle rzadko spotyka się kłamstwo, czy nawet próbę oszustwa. W swojej otwartości i prostolinijności są wobec nas całkowicie bezbronii. Całe ich doświadczenie i niezwykłe umiejętności do życia w lesie okazują się zupełnie nieprzydatne poza nim, a nic, co mogą upolować, znaleźć lub wyprodukować praktycznie nie nadaje się na handel. Dumni i wojowniczy Korowajowie skazani są na łaskę abstrakcyjnego dla nich rządu, dostawy żywności i bezczynne dnie spędzane na werandach wybudowanych przez Indonezyjczyków domów. Co to oznacza? Degenerację i całkowite ubezwłasnowolnienie całego pokolenia, które doskonale znamy z Afryki.

W tym kontekście organizowanie wypraw na Papuę ma zasadniczy wpływ na poprawę ich sytuacji. Według wojskowych raportów, do Korowajów dociera rocznie około stu osób z całego świata. Dzięki nim sytuacja na ich terenach jest na bieżąco monitorowana i przedostaje się do opinii publicznej, chociażby w samej Indonezji. Praca od lat bezpośrednio z mieszkańcami kilku wiosek, zatrudnianie spośród nich tragarzy i lokalnych przewodników, nie tylko uczy ich przekładania konkretnej pracy na pieniądze, ale też pozwala upewnić się, że pieniądze trafiają bezpośrednio do pracujących z nami ludzi. Jest to dla nich ich jedyne, niezależne od indonezyjskich urzędników, źródło dochodu. Regularna obecność w rozrastających się wioskach, w których powoli osadzają się Korowajowie opuszczający domostwa w lesie umożliwia też przeprowadzanie mini projektów edukacyjnych i środowiskowych. Przykład? W Mabulu jest szkoła, którą jeszcze dziesięć lat temu wybudowali Indonezyjczycy. Problem polega na tym, że nie ma – i nigdy w niej nie było – licencjowanego nauczyciela. Pojawia się on w Mabulu dwa razy do roku: podczas rozpoczęcia i zakończenia ogólnokrajowego semestru, kiedy bez żadnych egzaminów przepuszcza wszystkich „uczniów” do kolejnej klasy. W wyniku takiej sytuacji (która nie jest przypadkowa; spotyka się tu lenistwo i kiepska płaca nauczyciela, któremu nie chce się żyć w dżungli oraz celowej polityki władz nie życzących sobie rozwoju plemiennych elit), w wiosce mamy dwudziesto-paro letnich „absolwentów” ośmiu klas podstawówki, którzy nie potrafią czytać i pisać, że o mamematyce już nie wspomnę. To ze środków wygenerowanych z wypraw można co roku dokupywać podręczniki i materiały do szkoły, którą obecnie prowadzi jeden z miejcowych wychowanków misjonarzy. Edukacyjny postęp, jakiego dzieciaki z Mabul dokonały przez ostatnie trzy-cztery lata jest naprawdę imponujący i wspieranie go uważam za jedno ze swoich najpiękniejszych osiągnięć. W planach mamy też uruchomienie specjalnej serii wypraw, z których zysk mógły zatrudnić w szkole pełno etatowego nauczyciela. Korowajowie, jako cała grupa dokonują też – i jest to fantastyczne zjawisko – przełomowego postępu cywilizacyjnego. Coraz częściej bowiem widzę podejmowane próby sadzenia roślin lub warzyw, które również przywożone im są podczas organizowanych przeze mnie wypraw. Ludzie Drzew, troszeczkę tylko „popychani” wchodzą w etap kultury agralnej i prymitywnego rolnictwa, które może uratować ich od głodu, gdy już całkowicie, w niedalekiej przyszłości, zrezygnują z koczowniczego życia w lesie. Ah, gdybyście widzieli ich zapał i radość w uczeniu się nowych rzeczy; tą rozbrajającą „czułość barbarzyńcy” pochylającego się nad pzywiędłym krzaczkiem tytoniu, ich dumę z wychodowanej, jednej, jedynej papryczki chili.

Ludzie Drzew schodzą z drzew. Tak to prawda. Za pięć-dziesięć lat, z punktu widzenia organizatora wypraw, którym jestem, nie będzie już sensu do Korowajów jeździć z klientami. Będę więc jeździł sam. Będę patrzył jak im to schodzenie z drzew idzie i upewniał się, że nie potrzebują pomocy. Mimo, że będę tęsknił za budzeniem się w domach na drzewach, czterdzieści metrów nad ziemią; za śpiewem Korowajów wabiących ptaki w koronach lasu – będę bardzo dumny z każdego kroku, jaki zrobią na ziemi.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.