Koniec podróży. Część 1.

DSC_0521

Bam, bam, bam! Słyszycie? To ja. Biję się w pierś. Mocno. Za to, że tak zaniedbałem ostatnio zOrientowanego. Że z obietnicy konsekwentnego pisania co tydzień wyszło niewiele więcej niż jednej-dwa teksty w miesiącu. Przykro mi. Głupio mi. Wstyd mi. Kajam się. Przed Wami, ale i  samym sobą, bo zOrientowany miał być także ćwiczeniem mojego zdyscyplinowania i pryncypialności. W tropikach trudno jednak o dyscyplinę i rzadko kto słyszał tu o słowie: „pry-ncy-pial-ność.”

Nie, nie, nie – nie straciłem zapału, nie odechciało mi się, nie obraziłem się za brak miliona lajków na Facebooku, nie wyczerpałem tematów (gdzież tam, jeszcze się nawet porządnie nie rozgrzałem), nie znudziłem się, nie porzuciłem projektu.  Ot, banalnie i po prostu – przez ostatni miesiąc nie miałem na nic czasu, byłem wykończony, raczej zły i zawalony robotą. I to jaką robotą – siedziałem za komputerem! Codziennie rano, z laptopem przez ramię, wskakiwałem na swój motor, aby obrać skrót przez pola ryżowe za moim domem, mijałem się z surferami udającym się plażę, potem wpadałem w nieprawdopodobny chaos zwany na Bali ruchem ulicznym, zostawiałem za sobą niesławne więzienie na Kerobokan, poczym uciekałem policji polującej na białych kierowców na autostradzie i – tararara! – stawiałem się w swoim biurze. A potem outlook, maile, przetargi, kalkulacje, prezentacje, przerwa na lunch, telefony, niedziałający internet, czekanie na technika od telekomunikacji, frustracja, rezygnacja, potem kumulacja i wyładowanie się na siłowni i powrót do domu. W piątek imprezka, w sobotę kac, w niedzielę na plażę, czasami jakieś nurkowanie lub motorowa wyprawa po wyspie. Brzmi znajomo? Jak to? – już słyszę zdziwione głosy – Przecież mieszkasz na rajskiej Bali i prowadzisz blog podróżniczy! Naprawdę chciałbym móc Wam powiedzieć, że od początku roku zdobyłem kolejny szczyt Korony Ziemi, że zaszyłem się w dżungli, byłem na morzu, nurkowalem z rekinami wielorybimi lub zostawiłem gdzieś znowu pierwszy odcisk obutej stopy. Nie. Moja wspólniczka wypuściła na się na trzymiesięczne wakacje do Ameryki Południowej, firma została na mojej głowie, trzeba było gasić pożary, zarabiać na życie. Przez ostatnie miesiące jedyna różnica między moją pracą, a Waszą w Polsce była taka, że Wy w biurze przysuwaliście się bliżej kaloryfera, a ja bliżej klimatyzatora. Nie do końca tak sobie wyobrażałem swoje życie w tropikach, kiedy jako napędzany poszukiwaniem inności backpacker przemierzałem bezdroża świata, marząc o tym, żeby kiedyś zamieszkać na jakiejś „rajskiej wyspie.” Jeżeli podóżowanie było dla mnie równoznaczne z totalną wolnością, to jakiej bezwzględnej wolności spodziewałem się po przeprowadzce na koniec świata? Bo czy mogłem wyobrazić sobie lepszy „koniec” podróży niż zatrzymać się i osiedlić gdzieś po drodze?

Śmiesznie; czasami zdarza mi się tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem. Że nie spędzam swojego czasu na rozbijaniu kokosów o kamień dla smarujących się olejkiem egzotycznych księżniczek (o egzotycznych księżniczkach zdanie wyrobiłem sobie raczej średnie), niczym na reklamie batonika Bounty. Że moje życie nie mija na nieustannych podróżach, z których wracam pluskać się w basenie lub pływać na desce surfingowej. Że przeniesienie się na Bali (do Azji, do „ciepłych krajów”) nie było wyborem łatwiejszej opcji, drogą na skróty, z dala od trudów, trosk i zmartwień. Że nie zawsze jest słonecznie, tanio, łatwo i przyjemnie. A do tego wcale nie jestem obrzydliwie bogaty! Ah! Doprawdy. Czasami jest to zabawne – gdy rozmawiam o tym przy piwie z kimś, kto już dokonał konfrontacji ze swoim „paradise dream.” Czasami jest to irytujące – gdy słyszę pouczające głosy dalekich ciotek i zupełnie nie znających mnie ludzi, sugerujące, że nie zaznałem smaku „ciężkiej pracy” i „prawdziego życia.” Czasem też jest to dość niepokojące, zwłaszcza gdy (a zdarza się to ostatnio często) otrzymuję kolejnego maila od kogoś, kto postanowił właśnie wszystko rzucić i wyjechać na Bali lub gdziekolwiek, byle daleko, egzotycznie i  ciepło.

Oczywiście, nie piszę o tym dlatego, aby sobie poutyskiwać i pokazać Wam, „że tu też nie jest kolorowo.” Mam ochotę napisać tekst rozliczający się poniekąd z mitem o „Wyspach Szczęśliwych”, który przez ostatnią dekadę napędzał moje podróżowanie i życiowe decyzje. Nie chcę nikogo powstrzymywać przed rzucaniem wszystkiego w cholerę i przeprowadzką na koniec świata. W końcu sam byłem kiedyś tym „szaleńcem” i uważam, że dzięki temu właśnie mam dziś wspaniałe, ciekawe życie. Uważam jednak, że miałem sporo szczęścia. Myślę też, że wśród podróżniczych i quasi-podróżniczych blogów zdecydawanie brakuje głosu lekko zdystansowanego, zasiedziałego już trochę „na krańcu świata”, znudzonego egzotyką, przez co nie wpadającego w łatwy zachwyt, studzącego rozbuchany entuzjazm, mogącego pokazać perspektywę inną niż palmy na plaży, roześmiane dzieci i zachody słońca. Spotkałem na swojej drodze wielu wspaniałych, mądrych ludzi z fantastycznymi pomysłami, którzy nie dali jednak rady żyć w tzw. Trzecim Świecie. Kontenerami ściągali na Bali, lub gdziekolwiek indziej, całe swoje życie – z psem, kotem i lampą nocną, tylko po to, by po roku lub kilku miesiącach pakować się z powrotem – rozczarowani, zfrustrowani, a czasami oszukani i pozbawieni oszczędności życia. To jest trochę jak z pierwszą podróżą do Indii – albo się w nich zakochasz, albo je znienawidzisz. Ja Indie pokochałem, bo nawet nie wiedziałem czego się po nich spodziewać i byłem na nie otwarty, ale każdy, kogo znam, a kto pojechał tam szukać wyidealizowanego piękna Taj Mahal, duchowych uniesień i obrazków z National Geographic – wykupywał wcześniejszy bilet i nigdy już do Indii nie wrócił. Dokładnie to samo dzieje się, gdy zamieszkasz gdzieś na stałe i jestem pewien, że moja balijska perspektywa nie jest bardzo różna od doświadczeń moich przyjaciół, długie lata mieszkających w Kenii, Tanzanii, Belize, Tajlandii, Kambodży, czy na Dominikanie lub Sri Lance. Przykro mi, jeśli kogoś rozczaruję, ale Wysp Szczęśliwych nie ma; na „rajskich wyspach” też potrafi śmierdzieć, być brzydko, a ludzie mogą być paskudni. I, co najgorsze – okazało się, że jednak trzeba pracować!

Jeżeli wyobrażacie więc sobie, że rzucicie wszystko w diabły, przyjedziecie na Bali i otworzycie bar na plaży – uwaga, bo raczej gorzko się rozczarujecie! Jeżeli jedyną motywacją do wyjazdu jest nudna robota i upierdliwy szef, a oczyma wyobraźni widzicie siebie leżących na hamaku rozpiętym między palmami na plaży, to raczej wyobrażacie sobie wakacje lub niemiecką emeryturę, niż realia rozpoczynania nowego życia w zupełnie obcym sobie świecie. Nawet jeśli macie genialny pomysł na biznes – ot, wstaliście któregoś dnia i  uderzyliście się ręką w czoło krzycząc: „import szklanych kulek, głupcze!” to ciągle jeszcze nie jesteście urządzeni. Biznes to w ogóle trudna rzecz, ale biznes w krajach Trzeciego Świata – jeszcze trudniejsza. Jeśli jednak jesteście otwarci na wszystko i macie odwagę nie spodziewać się niczego konkretnego, a do tego gotowi jesteście do ciężkiej pracy w niełatwych, najczęściej stworzonych przez samych siebie warunkach – to być może faktycznie pora postawić żagle. Wydaje mi się, że im mniej oczekujecie od życia w nowym miejscu; im mniej macie o nim wyobrażeń, pocztówek, które przez lata naklejaliście na lodówkę – tym więcej bogactw i możliwości w nim odkryjecie. Nie mówię tu tylko o pracy, czy prowadzeniu biznesu – mam przede wszystkim na myśli proste radości każdego dnia. Pytanie tylko, czy jesteście gotowi zrezygnować ze względnego poczucia bezpieczeństwa wynikającego z teoretycznego posiadania praw w swoim kraju, stawić czoła nieprawdopodobnej wręcz korupcji, absurdom prawnym trudnym do opisania, kafkowskiej biurokracji i całkowicie irracjonalnej rzeczywistości, która będzie Was dotykać każdego dnia? Ja wciąż uważam to za przygodę, ale wiem, że nie jest to zabawa dla każdego. Obok pięknej pogody, wspaniałych widoków i prostych, w gruncie rzeczy, bardzo życzliwich ludzi dookoła – to będzie jednak największy problem, z którym przyjdzie się Wam „tu” zmierzyć.

Mój znajomy, od kilkunastu lat mieszkający w Afryce, bezgranicznie w niej zakochany i wiążący z nią resztę życia,  zapytał mnie kiedyś:

- Wiesz jaka jest różnica między turystą, a rasistą?
- ???
- Dwa tygodnie!

Mieszkam na Bali już sześć lat i staram się rasistą nie być. Pracuję nad swoją cierpliwością, pielęgnuję fascynację kulturą, tłumaczę sobie, że jestem tu gościem, próbuję nie zapominać, za co pokochałem tę wyspę… Czasami jednak jest to, tak po prostu i po ludzku – cholernie trudne.

Co jest takie trudne i dlaczego mimo wszystko wciąż chcę tutaj być? O tym w następnym wpisie.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.