Jedną ręką pisane, czyli o tym jak znowu udało mi się nie zginąć.

10526003_10152551086860902_3282874359200102924_n

 Mój pies mnie olał, ale Godżi – śmierdząca pupilka moich sąsiadów, najwyraźniej czuje dziś ze mną jakąś solidarność, bo nie odstępuje ode mnie na krok. Pasujemy dziś do siebie wyjątkowo, Godżi i ja.  Ona – trzynoga paskuda, porzucona przez poprzednich właścicieli, której pieskiego życia współczują nawet inne psy oraz ja – jednoręki idiota z łokciem w gipsie, który ma wyjątkowe szczęście, że jeszcze żyje. Dwa razy w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin uniknąłem śmierci; fakt ten dopiero dziś zaprezentował się mojej świadomości w pełnej krasie, gdy już odespałem jetlag, nieprzespane noce i miesięcznego kaca-giganta, związanego z wizytą w Polsce. Najpierw nie wsiadłem na pokład feralnego samolotu malezyjskich linii lotniczych, który ruscy bandyci zestrzelili nad Ukrainą 17 lipca. Tego dnia poleciałem do Azji innym rejsem, który wystartował niecałą godzinę po pechowcach z Amsterdamu. Zadecydował zwykły przypadek; kiedy trzy miesiące wcześniej kupowałem bilet lotniczy na tę konkretną datę, wybrałem przewoźnika, który był tańszy, a Finn Air okazał się o 70 USD tańszy od Malaysia Airlines. 210 polskich złotych, dokładnie taka kwota uratowała mi życie i dokładnie za tyle będę pił 17 lipca każdego, kolejnego roku, jaki mi pozostał. Doprawdy, nie śmiałem reklamować obrzydliwego żarcia w Fińczyku oraz tego, że zgubili mój bagaż. Żyję. Ale już 24 godziny po wylądowaniu na Bali znów udało mi się nie zginąć, tym razem pod kołami autobusu, który sobotniej nocy postanowił zmieść mnie z drogi. Niestety w argumentacji siłowej: autobus versus motor byłem bez szans, więc spolegliwie oddałem pole przewracając się na lewy bok i łamiąc sobie rękę w łokciu. Nie mogę narzekać, nawet na rachunek w szpitalu opiewający na dwa i pół tysiąca złotych za gips i prześwietlenie. Żyję.

Oczywiście Astika (balijski kapłan będący moim „duchowym ojcem” na wyspie) stwierdził, że bogowie nade mną czuwają i mam jeszcze przed sobą jakieś ważne zadanie do wykonania. Czyżbym jednak miał więc jeszcze zostać prezydentem, królem, noblistą lub gwiazdą rocka? A może mam spłodzić jakieś cudowne dziecko, które odkryje kiedyś lek na wszystkie choroby ludzkości lub poleci w kosmos zdobywać nowe światy? A może to znak, że czas na zawsze porzucić wódkę i papierosy, zacząć uprawiać jogę i organiczną marchewkę, a potem napisać o tym książkę i zostać jakimś guru, męską odmianą Chodakowskiej, a potem sprzedawać w Empikach płyty z ćwiczeniami po 99.99 PLN? Takie to dywagacje snuliśmy do rana z Larsem, który odwiózł mnie ze szpitala do domu, aby jeszcze osuszyć butelczynę zdobycznej na warszawskiej bezcłówce Żubrówki…

A potem zwlokłem się odsypiać.

Długo spałem; śniłem o wielkich rzeczach, które mam jeszcze w życiu dokonać.

Obudziłem się i przeczytałem, co napisałem na zOrientowanym w ostatnim wpisie, grubo ponad miesiąc temu (wszystkim należą się wakacje). Tekst raczej niewesoły, prawdziwy, acz przepełnioy rozczarowaniem wobec świata. A przecież żyję, popijam zimne piwo chłodząc nogi w basenie, pięknie jest. Czas więc zatem zmienić poetykę zOrientowanego, śpuścić trochę z tonu, pośmiać się, najlepiej z siebie samego i „mitu podróżnika.” Czas wrócić do sprawdzonej wielokrotnie przy różnych okazjach formuły anegdoty, czas na lekką opowiastkę przy piwie.

Niefrasobliwy byłem zawsze. Ot, taka wpisana w polski genotyp zasada „jakoś to będzie”, „że co, że ja nie dam rady?!”, „urra i do przodu!” W podróżach zawsze poddawałem się żywiołowi, zapuszczałem się za daleko, do granic możliwości, nie bacząc na pieniądze, czas i zdrowy rozsądek. Kiedyś, na południowych Filipinach, spłukany do dna, postanowiłem pokręcić się jeszcze trochę po wyspach wyprzedając po drodze swój mizerny dobytek (discman bez słuchawek za bilet na prom powrotny na Mindanao!). W podobny sposób wypuściłem się po raz pierwszy na Papuę, gdzie miałem tak mało kasy, że nie stać mnie było na tragarzy i postanowiłem samemu dzwigać sprzęty na dwutygodniową wyprawę, ale spuchłem i mało nie złożłem kości w jakiejś zapomnianej przez ludzi i bogów wiosce.

Podróżowanie bez pieniędzy było kiedyś czymś naturalnym i przerażało mnie to zupełnie, choć dziś stałem się już pod tym względem sterczałym dziadem, który docenia jednak ciepły prysznic i kawałek łóżka. A gdzie to się kiedyś nie spało! Na pace tira przewożącego transport suszonych ryb (Jezioro Turkana, Kenia), przywiązany łańcuchem do dachu autobusu (Indie), na nieczynnym odcinku Wielkiego Muru (Chiny), na drzewie, 40 metrów nad ziemią (Papua) czy przy ognisku z suszonego, jaczego gówna (Mongolia).

W równie beztroski spoób jak do braku pieniędzy podchodziłem zawsze do kwestii odległości do przebycia oraz możliwości własnego organizmu. Tak już zawsze było, że jak człowiek się rozpędził, to trudno było się potem zatrzymać. W Mongolii, podaczas mojej pierwszej wyprawy do Azji czternaście lat temu, zdarzyło mi się na przykład zdobyć niewłaściwą górę. Chiałem wejść na Otgontenger, najwyższy szczyt masywu Khangai, a wlazłem na coś zupełnie innego. Nie pamiętam już jak to było, ktorędy szedłem i jak długo – wiem tylko, że obrałem azymut na najwyższą górę na horyzoncie z kawałkiem śniegu na szczycie i szedłem tak długo, aż nie wlazłem. Pogubiłem się, oczywiście i wróciłem w umówione miejsce z dwudniowym opóźnieniem. „Gdzje ty był?!” – pytali z niedowierzaniem mongolscu rangersi na koniach, którzy zaczęli mnie szukać po okolicy. „No kak gdzje” – odparłem zdumiony wskazując na górę, z której zszedłem – „na Othon Tengri!” „Smatriej idiot” – Mongołowie niemal pospadali z koni ze śmiechu – „Othon Tengngri jest tam!” I pokazali zupełnie inną górę. Miałem osiemnaście lat i pękałem z dumy. Pies to trącał, że wlazłem nie na tą górę co trzeba. Każdy ma swoje Otgontenger.

W kolejnych latach pakowałem się w idiotyczne tarapaty jeszcze wielokrotnie, ale za każdym razem – nawet gdy robiło się już naprawdę niebezpiecznie – dopisywało mi jakieś niesamowite szczęście. O tym jednak napiszę w kolejnym poscie, bo trudno się teraz pisze z jedną ręką w gipsie. Za chwilę zresztą wylatuję na Borneo i Nową Gwinę, a zatem – do zobaczenia za dwa tygodnie!

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.