Krwawe igrzyska czyli sprawiedliwość po indonezyjsku.

067819-f9e2e4b6-9e21-11e4-b35a-60c8936f3ab6

Od kilku tygodni indonezyjską wyspą, o której najwięcej mówi się w mediach, przynajmniej w Australii i w samej Indonezji, nie jest bynajmniej Bali, ale maleńka Nusa Kambangan u wschodniego wybrzeża Jawy. Na wyspie nie ma rajskich plaż, tysiącletnich zabytków, ani nawet jednego hotelu, w którym zamieszkać by mogli turyści. Jest natomiast ogromne więzienie oraz Pola Śmierci,  na których wykonuje się egzekucje na przestępcach skazanych na karę śmierci. Sama Nusa Kambangan nazywana jest „indonezyjskim Alcatraz” lub po prostu „Wyspą Egzekucji.” Skazańców, których o dacie ich egzekucji informuje się z 72 godzinnym wyprzedzeniem, budzi się w środku nocy i wyprowadza z zawiązanymi oczyma w ustronne miejsce, gdzie mogą podjąć ostatnią decyzję w swoim życiu: czy przed plutonem egzekucyjnym wolą siedzieć czy stać. Dwunastu uzbrojownych w karabiny egzekutorów strzela w pierś skazańca z odległości od 5 do 10 metrów. Tylko trzech strzela ostrą amunicją, pozostali mają załadowane ślepaki – dzięki temu nigdy nie wiadomo kto oddał śmiertelny strzał. Jeśli po salwie ofiara jeszcze żyje, dowódca plutonu zobowiązanny jest oddać finalny strzał w głowę skazańca. Ciało wywożone jest z więzienia ambulansem do portu w Wijapurze, gdzie po kremacji rodzina może odebrać jego prochy z lokalnego krematorium. Metoda egzekucji nie zmieniła się od 1964 roku.

W styczniu 2015 identyczny los spotkał sześciu skazańców, z których aż pięcioro było obcokrajowcami; obywatelami Holandii, Brazylii, Wietnamu, Malawi i Nigerii. Wszyscy otrzymali wyroki śmierci za przestępstwa związane z przemytem lub posiadaniem narkotyków. W zeszłym tygodniu na Nusa Kambangan przetransportowano dwóch Australijczyków, którzy po ponad 10 latach spędzonych w celi śmierci balijskiego więzienia Kerobokan mają dołączyć do ośmiu innych więźniów, których władze planują zgładzić podczas grupowej egzekucji. Myuran Sukumaran i Andrew Chan zostali uznani przywódcami tak zwanej “Dziewiątki z Bali” – grupy przemytników aresztowanych 17 kwietnia 2005 roku, którzy planowali wywieźć z Indonezji do Australii 8,3 kg heroiny wartej ponad trzy miliony dolarów. W lutym nowo wybrany prezedent Indonezji Joko Widodo odmówił podpisania aktu łaski dla skazanych i polecił wykonać egzekucję do końca bieżącego miesiąca. O życie Sukurmana i Chana rozpoczęła się desperacka walka między władzami w Dżakarcie i Camberze, która w coraz mniejszym stopniu opiera się na zakulisowych zabiegach dyplomatów i prawników, a coraz bardziej przypomina narodową histerię  dwóch  sąsiedzkich, acz kulturowo skrajnie od siebie odległych krajów. O ile w Australii kampanie społeczne i medialne próbują skłonić indonezyjskie władze do okazania łaski dla skazanych, tak na indonezyjskich ulicach wyczuwalny zdaje się amok tłumu oczekującego krwawych igrzysk.

Członkowie „Dziewiątki z Bali” zostali aresztowani na podstawie informacji udzielonej indonezyjskiej policji przez australijskich kolegów. Andrew Chan, Myuran Sukumaran, Si Yi Chen, Michael Czugaj, Renae Lawrence, Tan Duc Thanh Nguyen, Matthew Norman, Scott Rush oraz Martin Stephens planowali w dwóch grupach wywieźć kupioną na Bali heroinę, którą plastrami przymocowali do ciała kurierów. Podczas aresztowania wszyscy mieli po dwadzieścia kilka lat. Po rozprawie większość członków grupy otrzymała wyroki wieloletniego lub dożywotniego więzienia, tylko Chan i Sukurman skazani zostali na śmierć za swoją przewodniczą rolę w spisku. Pierwsza apelacja zakończyła się zwiększeniem wyroków w przypadku większości apelujących, a Tan Duc Thanh Nguyen, skazany uprzednio na dożywocie otrzymał nawet wyrok śmierci. Od ogłoszenia nowych wyroków media huczały od plotek, że surowsze wyroki były karą sędziów za nieudane negocjacje dotyczące wysokości łapówki, której mieli zażądać od prawników oskarżonych. Temat wrócił na pierwsze strony gazet w grudniu 2012 roku, gdy jeden z sędziów prowadzących tamtą sprawę – Ahmad Yamani został oficjalnie wykluczony ze składu Sądu Najwyższego oraz pozbawiony wszelkich przywilejów oraz praw do sprawowania funckji publicznych za nieprawidłowości, które mu udowodniono przy okazji innej sprawy, gdzie skazany na śmierć lokalny producent heroiny otrzymał „nadzwyczajne” złagodzenie kary do 12 lat. Yamaniemu wytoczono później proces karny, ale na sprawę „Dziewiątki z Bali”  – mimo wieloktotnych apeli prawników – nie miało to już wpływu. Przez dziesięć lat toczyła się batalia sądowa prawników Sukurmana, Chana i pozostałych z „Dziewiątki”, ale przegrywali we wszystkich instancjach odwoławczych. W ciągu tej dekady o „Dziewiątce z Bali” napisano kilka książek („Hotel Kerobokan”, „Snowing in Bali”), kręcono filmy dokumentalne i reportaże – obok Sharpelle Corby, stali się zapewne najsłynniejszymi więźniami w Indonezji. Skrajnie złe warunki panujące w więzieniach, powrzechna korupcja, skandaliczny fakt produkowania narkotyków za więziennymi murami, ale przede wszystkim ogromna metamorfoza, jaką przeszli skazani przez lata robiła ogromne wrażenie na opinii publicznej. Myuran Sukumaran oddał się malastwu – ukończył nawet korespondencyjnie jeden z australijskich uniwersytetów, a jego prace sprzedawane są w galeriach na całym świecie; Andy Chan został z kolei ministrantem. Obaj mocno zaangażowali się w organizowanie więziennego życia nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych osadzonych, zwłaszcza obcokrajowców, którzy – jak sami wielokrotnie przyznawali w licznych wywiadach – nie przetrwaliby kolejnych lat w „Hotelu K” gdyby nie wsparcie Sukurmana i Chana. W australijskich mediach oboje stali się ikonami skruszonych przestępców; przywoływanym przy każdej dyskusji przykładem skutecznej resocjalizacji. W Indonezji jednak rehabilitacja skazańca nie chroni go przed egzekucją. Nie, jeśli jest biały i głośno prosi o prawo do drugiej szansy. Nie gdy w jego obronie stają międzynarodowe media i zagraniczni politycy, którzy zdają się pouczać Indonezję jak ma respektować własne prawo, wytykają jej korupcję i zacofanie. Nie, gdy kosztem życia dwóch młodych ludzi można pokazać własnej opinii publicznej słabego politycznie prezydenta jako silnego przywódcę narodu, który nie przejmuje się pogóżkami Zachodu.

W Indonezji sprawy załatwia się po cichu. Wszystkie sprawy, od wciśnięcia się niepostrzeżenie w kolejkę w sklepie po znalezienie winnego stłuczki na ulicy. Podniesienie głosu, wymachiwanie rękoma, jakakoliwek żywa gestykulacja uważana jest w Indonezji za niegrzeczną, a wytykanie palcami wręczs za skrajnie obraźliwe. Obcując z urzędnikami i osobami publicznymi Indonezyjczycy stają się najcichszymi, najuprzejmiejszymi ludźmi na świecie; zachowują się jakby ich w ogóle nie było, a ich sprawa rozwiązywalna była tylko w trybie „łaskawej życzliwości.” To bardzo charakterystyczne zjawisko w kulturze azjatyckiej, można je łatwo zaobserwować nie tylko w Indonezji. Nic więc dziwnego, że indonezyjska opinia publiczna oburzyła się, gdy zagraniczne media zaczęły wytykać Indonezji podwójne standardy. Ułaskawienie Hangky Gunawana – skazanego na śmierć, producenta metaamfetaminy z Solo na hurtową skalę? Wypuszczenie na wolność Muhammada Cholili, „śmiejącego się zabójcę” – jednego z terrorystów odpowiedzialnych za drugi atak bombowy na Bali, w wyniku którego zginęło dwadzieścia osób? Łaska dla Dwi Trisna Firmansyah, podwójnego mordercy, który z premedytacją pozbawił swoje ofiary życia podczas wieczornej modlitwy? A jaki to ma związek z ułaskawieniem dwóch Australiczyków, którzy próbowali WYWIEŹĆ z Indonezji ponad 8 kilogramów narkotyków? Jakim prawem zagraniczne media próbują wpływac na wyroki sądów w Indonezji? Kim wy jesteście, żeby nam mówić, co robić we własnym kraju? Im bardziej australijskie media promują kampanie społeczne „I stand for mercy” („popieram łaskę”) i publikują listy od małych dziewczynek piszących do „Jokowiego” z prośbą o niezabijanie skazańców, tym bardziej na indonezyjskich ulicach rośnie poparcie dla egzekucji skazańców. Im więcej pojawia się w internecie wezwań Australijczyków, aby bojkotować Bali i nie wspierać indonezyjskiej korupcji   miliardami dolarów rocznie, tym bardziej się Indonezyjczycy zacietrzewiają się i zachęcają turystów, aby zostali w domach. Transfer Sukarmana i Chana z więzienia Kerobokan na Bali na Nusa Kambangan był indonezyjską manifestacją siły – do transportu dwóch ludzi użyto wozów opancerzonych, setek żołnierzy i antyterrorystów, uzbrojonych helikopterów, a niebo nad Bali patrolowały myśliwce. Czyżby Indonezyjczycy obawiali się, że „bule” (po indonezyjsku: „biali” lub bardziej dosłownie: „bladzi) spróbują odbić swoich kryminalistów? Setki tysięcy dolarów wydane, aby zaspokoić kompleks wielkości ulicy, zapokoić żądzę krawych igrzysk dla tłumu.

Tony Abott, australijski premier, który ewidentnie ma problem ze zrozumieniem różnic kulturowych i nie pojmuje specyfiki indonezyjskiego rozumienia polityki. Gdy podczas jednego z publicznych wystąpień zasugerował, że zabijanie Australijczyków nie byłoby przyjaznym i przemyślanym gestem, po tym jak Australia przekazała Indonezji miliardy dolarów na pomoc po katastrofie tsunami w 2004 roku, osiągnął efekt odwrotny od zamierzonego. Na Sumatrze, na której tsunami zebrało najwięcej, bo ponad 70 tysięcy ofiar, rozpoczęła się oddolna kampania „Coin untuk Australi” („moneta dla Australii”), która rozlała się na cały kraj. Wolontariusze zbierali na ulicach drobne, aby oddać Australii przekazane pieniądze i oddać „honorowy dług.” Nie ma żadnych oficjalnych informacji ile pieniędzy zebrano. Wiadomo, że żadnych pieniędzy jeszcze nie przekazano. Abott przeprosił i obiecał, że będzie bardziej uważał na słowa. Sukarman sprawy nie skomentował, ale namalował swój ostatni obraz przed wyjazdem z Kerobokan – portret Kokowiego. Egzekucję jego i Chana przesunięto, aby umożliwić wysłuchanie najnowszych argumentów ich prawników podczas nadzwyczajnej sesji Sądu Najwyższego. Na co liczą – nie wiadomo, bo skazani wyczerpali już wszystkie, przewidziane w indonezyjskim prawie możliwości odwołania się od wyroku, a Jokowi zarzeka się, że aktu łaski ponownie rozpatrywać nie będzie.

Narkotyki to w Indonezji duży problem. Jeszcze większym problemem jest szlejąca w kraju korupcja, zanieczyszczenie środowiska, ubóstwo, nierówności społeczne, brak kontroli nad armią i policją, konflikty religijne, fatalna edukacja, słabnąca waluta i hamująca gospodarka. Wydawać by się mogło, że okazanie łaski skazanym na śmierć mogłoby być idealną okazją dla rozsądnego przywódcy aby poprawić swój wizerunek na arenie międzynarodowej i poprawić relacje dyplomatyczne na świecie. Wydawać by się mogło, że przywódca – wizjoner mógłby powstrzymać te śmierci tylko dla tego, że to byłoby po prostu słuszne. Wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, aby psuć wizerunek kraju i narażać państwo na dyplomatyczną wojnę z najważniejszym sąsiadem i partnerem handlowym tylko po to, aby dokonać pomsty na ludziach, którzy popełnili przestępstwo przed wielu laty. Okazuje się jednak, że Joko Widodo, który kreaowany był na „indonezyjskiego Obamę”, wizjonerem nie jest. A jeśli jest to ma wizję Indonezji, z którą osobiście nie chiałbym mieć nic wspólnego.

Komentarze

komentarze

Papua to jedna z moich ulubionych destynacji, do której konsekwentnie wracam i odkrywam coraz głębiej od 2005 roku. Pamiętam, że podczas ostatniej wyprawy, stojąc po pas w wodzie i odpędzając się od komarów pomyślałem, że wykonuję jeden z najciekawszych zawodów świata. Ta myśl nie opuszcza mnie do dziś. Dodatkową nagrodą są niezwykli ludzie i wspaniałe przyjaźnie, które rodzą się podczas kolejnych ekspedycji.